piątek, 30 maja 2014

Note 12

"Wiem, że nadejdzie ten dzień, w którym spełni się mój sen, w którym będzie znowu tak, jakby narodził się świat. Na nowo będę kraść twych oczu jasny blask. Na nowo będę ci upiększać każdą z chwil."


Siedziałem przy stole w kuchni i słuchałem radia. Zapowiadano właśnie słoneczną pogodę. Dochodziła jedenasta, więc musiałem się zbierać. Amy zaprosiła mnie na dwunastą, a jej dom znajdował się spory kawałek od mojego. Dopiłem kawę i wyszedłem do garażu. Po krótkiej chwili wyjechałem na ulicę. Było całkiem ciepło, ale bez przesady. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Po około godzinie jazdy samochodem dojechałem na miejsce. Moim oczom ukazał się niewielki domek. Westchnąłem i wysiadłem z auta. Było tu bardzo spokojnie, ciszej niż na przykład na mojej dzielnicy. Podszedłem do białego płotu i otworzyłem furtkę.
Nie wiedziałem czego się spodziewać
Leciutko zapukałem do drzwi. Z nerwów przygryzłem dolną wargę. Po chwili, która wydawała się być wiecznością drzwi uchyliły się, a stanęła w nich starsza kobieta. Na pierwszy rzut oka miała około 30, może 40 lat.
-Dzień dobry- powiedziała, uśmiechając się. Miała krótkie, sterczące włosy i zielone oczy.
-Czy tu nie mieszka Amy Forbs?- wypaliłem. Zdawało mi się, trafiłem pod dobry adres.
-Ależ mieszka- zaśmiała się.- Ty pewnie jesteś Mike, wejdź.
Oszołomiony wszedłem do środka.
-Jestem mamą Amy- wyjaśniła. I wtedy zobaczyłem to wrodzone podobieństwo. Identyczny kolor włosów, figura i blada cera. To musiała być jej matka.
-Aa rozumiem- bąknąłem. Zrobiło mi się trochę głupio. 
Rozejrzałem się. Byliśmy w ciasnawym pokoiku. Ściany pomalowane były na niebiesko, a na każdej z nich stały szafki z butami i wieszakami. Szybko zsunąłem z kostek buty i spojrzałem na mamę Amy. 
-Chodź, Amy jest u siebie- powiedziała i przepuściła mnie w drzwiach.- Jej pokój jest tam- wskazała mi drogę.
Szedłem wzdłuż ściany, na której wisiało wiele pięknych obrazów, których nigdy bym sobie nawet nie wyobraził. Szedłem tak i szedłem, aż natrafiłem na  jakieś drzwi. Bez wahania złapałem za klamkę. Podłoga była tu wyłożona jasnym drewnem. Pod ścianą z wielkim oknem siedziała dziewczyna z gitarą. Miała zamknięte oczy, a na ramieniu leżał warkocz.
-Ktoś ty?- zapytała. Rozpoznałem w niej siostrę Amy- Sarah.
-Mike.
-Przyjaciel Amy- powiedziała, sarkastycznie podkreślając słowo "przyjaciel". Wydawała się byś wredna.
-Jakiś problem?- odparłem.
-Ty nim jesteś. Wchodzisz do mojego pokoju, jak do siebie. I co? Najpierw robisz jakąś aferę, bo pomyliłeś mnie z siostrą, a teraz wchodzisz i robisz problemy.
Uświadomiłem sobie, że Sarah miała rację. Odwalałem jakieś cyrki, teatrzyki, a potem przychodziłem do jej domu, jak gdyby nigdy nic. I to do JEJ pokoju, gdzie z pewnością nie byłem mile widziany.
-Słuchaj, ja po prostu pomyliłem pokoje i tyle. Nic do ciebie nie mam, a tamto... No, to było zwykłe nieporozumienie.
-Wyjazd- powiedziała.
Westchnąłem i cicho wyszedłem z pokoju. Byłem na siebie zły, że tak zacząłem tę znajomość. Sarah była siostrą Amy i nie mogłem sobie pozwolić na spory z nią.
Podszedłem do drzwi naprzeciwko i tym razem cichutko zapukałem.

sobota, 17 maja 2014

Note 11

Kto jest mądry?
Nie szkoła, która niszczy wyobraźnię.
Nie poeci, którzy tworzą swoje wiersze.
Nie muzycy, którzy którzy grają pod publikę.
Ale garstka ludzi, co głoszą jeszcze prawdę...

Długo myślałem nad słowami Amy. Twierdziła, że miłość to głupota? Nie potrafiłem zrozumieć, o co dokładnie jej chodziło. Może chciała w ten sposób pokazać mi, że nie mam u niej szans?
Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek, ale ku mojemu zdziwieniu okazała się pusta. Wściekły rzuciłem nią o ścianę. Nie paliłem od dobrych dwóch dni i zwolna trafiał mnie szlak. Zgrzytając zębami ubrałem się i wyszedłem do najbliższego sklepu.
* * *
Stałem w kolejce do jedynej w sklepie kasy. W ręku trzymałem dwa opakowania papierosów i butelkę piwa. Z głośników w suficie wydobywała się cicha muzyka w stylu disco. Nienawidziłem utworów tego typu. Przybliżyłem się do kasy o kilka kroków, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Tym kimś była Ignes.
-Mike?- spytała, przyglądając mi się krzywo.
-Cześć- mruknąłem. Ignes była na końcu mojej listy ludzi, których chciałem teraz widzieć.
-Logan, zwalniał cię z pracy, ale tłumaczył to chorobą. Nie spodziewałam się cię tu spotkać- powiedziała zaczepnie, a po chwili jej wzrok utkwił na moim opatrunku.
-Nie jestem teraz zdolny do pracy. Nic więcej nie musisz wiedzieć.
Zapłaciłem kasjerce i wyszedłem ze sklepu. Siąpił deszcz, więc naciągnąłem ba głowę kaptur. Po chwili usłyszałem jakiś głośny stukot. Zaciekawiony odwróciłem się, to moja była biegła na na szpilkach.
-Zaczekaj!- krzyknęła, ale ja już szedłem w swoją stronę. Panował mrok, bo latarnie jeszcze się nie włączyły. Do tego deszcz przybrał na sile.
-Mike!- wrzasnęła jeszcze raz Ignes, jednak ja już nie zareagowałem. Skupiłem się na drodze przed siebie.
Kiedy wszedłem do domu, byłem kompletnie przemoczony. Włosy poprzyklejały mi się do czoła, a ubrania tworzyły jakby drugą skórę. Ściągnąłem koszulkę i buty, i zabrałem się do łazienki. Trzęsłem się z zimna, dlatego wziąłem gorący prysznic.
Kiedy wróciłem do sypialni rzuciłem się na łóżko i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer Amy. Odebrała po drugim sygnale.
-Hej.
-Siemka, co tam?- jej głos brzmiał słodko jak miód. Brakowało mi go, choć słyszałem go zaledwie kilka godzin wcześniej.
-Amy, mógłbym cię jutro odwiedzić?
-Jasne. Już ci podaję adres- powiedziała, a ja uśmiechnąłem się pod nosem.
Idąc spać, po raz kolejny przypomniałem sobie słowa tej dziewczyny. Może i byłem głupi, ale czułem, że to właśnie jest miłość.

poniedziałek, 12 maja 2014

Note 10

Miłość. To nie poranek, kiedy budzisz się obok idealnej połówki. To nie człowiek, przy którym czujesz się kochany i bezpieczny. Prawdziwa miłość to nie związek idealny, bo taki nie istnieje, ale pełen kłótni i godzenia, łez i uśmiechów. To uczucie, które dodaje nam odwagi do poświęcenia się dla drugiej osoby. To coś, czego nie mierzy się po sile, lecz po czasie czasie trwania. Bo miłość jest jak wojna, łatwo ją zacząć, ale nigdy nie kończy się ostatecznie.
"Miłość nie leci z kranu jak woda, nie możesz jej odkręcać i zakręcać kiedy tylko zechcesz."
~Stephen King

Siedzieliśmy z Amy w kuchni i rozmawialiśmy. Opowiedziałem jej o porannej wizycie policjantów i o tym co znaleźli.
-Ale nie jesteś narkomanem, prawda?- zapytała. Spoglądała na mnie z nadzieją w oczach. Bardzo chciała, abym był lepszym, niż na to wskazywało.
-Przecież już o to pytałaś. Nie jestem ćpunem, po prostu czasem mnie ponosi i popełniam błędy- wyznałem. Czułem się dość skrępowany, tłumacząc jej to wszystko. Pocieszałem się myślą, że przynajmniej jestem z nią szczery.
Słysząc moją odpowiedź, Amy uśmiechnęła się lekko i usiadła na blacie. Jej stopy nie dosięgały podłogi, przez co wyglądała jak dziecko.
-Zmienisz się?
-Nie wiem...- powiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
-A chciałbyś?
-Amy, to nie takie proste- westchnąłem. Nie była w stanie nawet sobie wyobrazić jak to było być mną. Z jednej strony, nie byłem uzależniony, z drugiej, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że spadłem na dno. Nie widziałem swojej przyszłości. Zamiast niej, była tylko ciemna pustka.
-Mike?
-Chciałbym, ale brakuje mi motywacji.
-To ja nią będę- uśmiechnęła się tak słodko, że coś we mnie drgnęło. Rzeczywiście, Amy była w stanie mi pomóc. Nie umiałem tego wyjaśnić, jednak odgrywała ona ważną rolę w moim życiu. Potrzebowałem jej.
Podszedłem bliżej. Nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Delikatnie musnąłem ustami jej policzek. Była taka lekka, taka krucha.
-Mike- szepnęła. Oparłem głowę o jej czoło i westchnąłem.
Między nami była malusieńka granica, którą Amy sobie wyznaczyła. Mogliśmy rozmawiać o wszystkim, ufać sobie bezgranicznie, ale te granice dotyczyły raczej mojego zachowania. Nie była pierwszą lepszą laską, którą zabierało się na jedną noc. Nie była "łatwa".
Godziłem się na jej zasady z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mógłbym zrobić niczego wbrew jej woli, a po drugie, nie pragnąłem tylko zabrać jej do łóżka. Coś co łączyło mnie z Amy było silniejsze i ważniejsze.
Uśmiechnąłem się do niej. Jej oczy lśniły. Patrzyliśmy tak na siebie, aż coś mnie oświeciło. Przeraziłem się.
Co jeśli się zakochałem? Logan na początku swojego związku z Janette, mówił tylko o niej. Gadał jaka to ona wspaniała, idealna. Miłość...
-Chyba się w tobie zakochałem- wyszeptałem.
-Głupi jesteś- odpowiedziała, patrząc na mnie poważnie.
-Co?
-Miłość jest dla głupich. Po prostu.
-Dlaczego?- spytałem. Nigdy prawdziwie nie kochałem, więc nie wiedziałem o czym mówiła.
-Miłość to wyzwanie. Ona rani i uszczęśliwia. Jest skarbem i przekleństwem.
-Nie rozumiem.
-Nie rzucaj słów na wiatr, i tyle.
Po czym wyszła bez słowa.
__________________________________________________________________

Rozdział krótki z braku czasu. Postaram się kolejną napisać jak najszybciej.