poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Note 9

Jedna chwila może zadecydować o całym życiu, ale czy można nazwać ją piękną w obliczu ciągłego bólu? Jeden moment, jedna decyzja i nieodwracalne zmiany zaraz dają o sobie znać. Tylko czy to dobre zmiany? Czy można dzielić chwile na dobre i złe?
"Chwila, która trwa może być najlepszą z twoich chwil..."

Pod dwóch dniach wypisałem się ze szpitala, na własne żądanie. Co prawda wciąż czułem się osłabiony, ale miałem dość cogodzinnych wizyt psychiatrów i psychologów, którzy tylko czekali, aż znowu zrobię coś głupiego. Tak, głupiego, bo uświadomiłem sobie jakim idiotą byłem próbując odebrać sobie życie. Zrozumiałem to widząc, że potrafię jeszcze być szczęśliwy. A moim szczęściem była Amy. Wspierała mnie przez cały czas i dodawała sił. Chociaż, od naszego pocałunku niewiele się zmieniło, czułem, że w końcu czego dokonałem.
Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi.
-Otwarte- zawołałem. Domyślałem się, że to Logan lub Amy. Oboje mnie odwiedzali. Wiedziałem, że mogę na nich liczyć.
Pukanie, jednak nasiliło się, a po chwili przeobraziło w walenie w drzwi. Z westchnieniem podniosłem się z kanapy i poszedłem otworzyć. Kiedy uchyliłem drzwi zobaczyłem dwóch wysokich policjantów. Zatkało mnie.
-Dzień dobry- powiedział jeden z nich. Wyglądał na znudzonego swoją pracą, chociaż głos miał całkowicie poważny.- Czy możemy porozmawiać z panem Michael'em Pierrcem?
-To ja- powiedziałem marszcząc czoło. Byłem skołowany. Nic nie przeskrobałem... chyba.
-Ekhm... Możemy wejść do środka?- powiedział cicho drugi. Wydawał się unikać mojego wzroku. Nic z tego nie rozumiałem.
-Ale o co chodzi?
-Proszę pana, sprawa dotyczy przede wszystkim pana próby samobójczej- powiedział mundurowy, podkreślając zwrot "przede wszystkim".
-Przecież, tłumaczyłem wszystko w szpitalu. Nie mam nic więcej do powiedzenia w tym temacie.
-Panie Pierrce, naprawdę chce pan rozmawiać w drzwiach?
-Ja w ogóle nie chcę z panami rozmawiać. Dziękuję. Do widzenia- warknąłem i spróbowałem zatrzasnąć drzwi, lecz jeden z policjantów (ten znudzony) przytrzymał je nogą.
-Powiem wprost, medycy znaleźli u pana w domu narkotyki. Jeżeli nie chce pan rozmawiać z nami we własnym mieszkaniu, to możemy załatwić to na komendzie, tak jak to robimy zazwyczaj. Tylko ze względu na pana ostatni wyskok robimy wyjątek.
Poczułem jakby ktoś uderzył mnie w tył głowy. Tylko tego mi brakowało- kolejnych kłopotów z prawem.
-To jak, wpuści nas pan?- uśmiechnął się ten drugi. Szach.
Zrezygnowany cofnąłem się do pokoju w towarzystwie dwóch mundurowych. Usiadłem na kanapie i wyłączyłem telewizor, z którego do tej pory odzywała się jakaś reporterka. Postanowiłem grać w otwarte karty i nie wciskać im bajeczek, że nie wiem o czym mówią.
-A więc? Co teraz?- spytałem, choć po prawdzie znałem kolej rzeczy. Prokurator. Dochodzenie. Zeznania. Sprawa. I kara. Właśnie, kara, tylko jaka?
-Na początek chcielibyśmy wyjaśnić skąd u pana takie ilości morfiny?
-Cierpię na bóle migrenowe. Na każdy z leków, jakie znajdziecie w moim domu, miałem receptę.
-A co tu znajdziemy oprócz morfiny?
-Zapewne tego typu środki przeciwbólowe. Powiem otwarcie, nie posiadam żadnych ziółek i tak dalej. Mam tylko leki z apteki.
Policjanci rozmawiali ze mną przez jakąś godzinę. Było dość spokojnie. Niestety, potem przerwał nam dzwonek do drzwi.
-Pójdę otworzyć...-powiedziałem zirytowany. Nie był to najlepszy moment na gości.
Uchyliłem drzwi i zobaczyłem Amy. Miała na sobie przezroczysty sweterek i dżinsowe szorty. Uśmiechała się delikatnie.
-Hej- powiedziała i cmoknęła mnie w policzek.
-Amy...- zacząłem. Nie potrafiłem niewpuścić jej do środka, ale nie mogłem pozwolić, aby była świadkiem mojej rozmowy z komisarzami.
-Stało się coś?- zapytała. Chyba czytała mi w myślach.- Mike?
-Jestem trochę zajęty...
-Wyglądasz jakbyś chciał i nie chciał za razem mi czegoś powiedzieć.
-Chodź, wejdź. Tylko będziesz musiała chwilę zaczekać- poddałem się.
Zaprowadziłem ją do kuchni i poprosiłem, żeby poczekała na mnie w ciszy. Sam wróciłem do policjantów.
-Możemy kontynuować.
-A więc, panie Pierrce mamy propozycję. Mianowicie, nie zgłosimy sprawy do prokuratury.
-Skąd taka decyzja?- zdziwiłem się. Z jednej strony moje rzeczowe argumenty mogły ich przekonać, z drugiej to nie od nich zależało czy coś zgłoszą, czy nie.
-Znamy pana historię. W końcu ma pan u nas swoją kartotekę- odpowiedział mi jeden z mężczyzn. Zatkało mnie. Z powodu mojej "ciekawej" przeszłości postanowili mi odpuścić?
-I tyle?
-Niezupełnie- uśmiechnął się drugi z nich.- Jest i druga strona medalu. Będzie pan zobowiązany do kilku rzeczy. To jest, pozbycia się wszystkich leków, których pan już nie przyjmuje i zmiany swojego stylu życia.
-Nie do końca rozumiem.
-Musi pan się pilnować. Jedno przewinienie i koniec.
Po chwili skończyliśmy naszą rozmowę i odprowadziłem policjantów do drzwi. Z westchnieniem i pustką w głowie wróciłem do kuchni, do Amy. Stała na palcach i szperała po szafkach najwyraźniej czegoś szukając.
-Co ty wyrabiasz?- spytałem, jednocześnie powstrzymując się od przekleństw. Normalnie bluźniłem bez oporów, jednak w towarzystwie Amy musiałem się pilnować. Oczywiście ona nie raz była zmuszona mnie upominać.
-Mów gdzie to masz.
-Co gdzie mam?
-Cały ten syf- wypaliła nie przerywając swoich poszukiwań. Była zła.
Złapałem ją za rękę i spojrzałem w oczy.
-Amy, to moja sprawa- szepnąłem.
-A właśnie, że nie!- krzyknęła.- Moja też! Nie pozwolę ci zmarnować sobie życia.
Jej oczy płonęły.
Przejechałem dłonią po jej policzku, ale odsunęła się.
-Masz mi to wszystko wytłumaczyć. Teraz. Zaraz.
Nie wiedziałem co robić. Powinna była wiedzieć, ale i nie powinna. To był inny świat. Gorszy. Którego częścią się stałem. Nie chciałem wciągać jej w to bagno, zwłaszcza, że wiedziałem jak to mogło się skończyć. Ona była dobra- ja nie.
-Nie mogę.
-Nie ufasz mi?- wyszeptała. Przyglądała mi się ze smutkiem. Pewnie się na mnie zawiodła.
Mimo, że znałem ją tak krótko to ufałem jej całkowicie. Była miła, szczera i bił od niej blask. Nie wiem, jak można by jej nie zaufać.
-Nie bądź niemądra, Amy. Ufam ci. Tylko... te sprawy są niebezpieczne. Nie wciągnę cię w to.
-Cholera jasna! Nie zgrywaj twardziela- powiedziała i wtedy zauważyłem coś błyszczącego na jej policzku. Przyglądanie się temu było dla mnie udręką. Doprowadziłem ją do płaczu, aż tak ją zraniłem.
Wolnym gestem starłem jej łzy i objąłem w talii. Tym razem jej reakcja była inna, przytuliła się do mnie, jakby próbując się schować. Przycisnąłem jej głowę do mojej piersi i uśmiechnąłem się. Nie była niska, ale ja byłem wyższy.
-Mike, jesteś dla mnie bardzo ważny- szepnęła wtulona. Była taka bezbronna, słodka i urocza. Jak mały aniołek.
-Ty dla mnie jeszcze ważniejsza.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Note 7

"Chłopiec już nigdy więcej nie płakał i nigdy nie zapomniał tego, czego się nauczył: że kochać to niszczyć i że być kochanym to znaczy być zniszczonym."
~Jace, Miasto Kości

Jechałem tak szybko, jak tylko pozwalał na to mój samochód. Z pewnością przekroczyłem dozwoloną prędkość, jednak nie zawracałem sobie tym głowy. Liczyło się tylko to uczucie. Uczucie, które raniło i zostawiało w ustach gorzki smak. Zdrada.
Marzyłem, by okazało się, że śnię. Modliłem się, aby to był zwykły koszmar. Niestety, nic na to nie wskazywało. To była niemiła rzeczywistość z którą musiałem się zmierzyć.
Zaparkowałem z piskiem opon, w jednym z moich ulubionych miejsc. Była to dzika plaża, pełna wysokich krzaków. Usiadłem na piasku i schowałem twarz w dłoniach. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zachciało mi się płakać. Do czego to doszło, pomyślałem, żeby jakaś dziewczyna doprowadzała mnie do łez. Odrzuciłem głowę do tyłu i zaczerpnąłem powietrza. Było takie świeże... Do tego słońce przyjemnie grzało.
Jego jasne promienie odbijały się w błękitnej wręcz wodzie. Te jasne promienie skojarzyły mi się z cudownymi blond włosami Amy, które bajecznie kołysały się na wietrze. I jej uroczy uśmiech, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy na tym pieprzonym murku...
Dlaczego ona mi to zrobiła?
Naprawdę nic jej nie obchodziłem?
Czułem się jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Albo gorzej.
I wtedy podjąłem najgłupszą decyzję, jaką kiedykolwiek w życiu podjąłem.
Postanowiłem zakończyć to wszystko.
Wstałem i rzuciłem się biegiem do samochodu. W moich żyłach płynęła adrenalina od nadmiaru kłębiących się emocji. Wiedziałem, że moje postanowienie pojawiło się zbyt szybko i było bardzo lekkomyślne. Tylko, co miałem do stracenia? Od zawsze byłem sam, zdany wyłącznie na los. Nikt mnie nie chciał i nie potrzebował. Dotychczas jakoś sobie z tym radziłem, pogodziłem się z tym, lecz to było zanim poznałem kogoś takiego jak Amy. Ona była inna. Wyjątkowa. Myślałem, że chce mi pomóc. Zaufaełem jej.
W mgnieniu oka znalazłem się we własnym domu. Nie zaprzątałem sobie głowy takimi błahostkami, jak choćby zamknięcie bramy garażu. Śpieszno mi było zniknąć.
Pędem wparowałem do łazienki i wszedłem do wanny. Siedząc, przeciągnąłem przez głowę T-shirt i rzuciłem go gdzieś na podłogę. Z tylnej kieszeni dżinsów wyjąłem telefon. Otworzyłem jego tylną klapkę i wydostałem ze środka baterię, pod którą była niewielka żyletka. Wziąłem głęboki oddech i wyjąłem ją z obudowy telefonu, który po chwili również znalazł się na podłodze. Właśnie ta żyletka była pamiątką z czasów zakładu poprawczego. Wtedy miałem problemy sam ze sobą i miała ona ze mną zostać do końca, jednak los przygotował dla mnie inny scenariusz. Drżącą dłonią zbliżyłem lśniący przedmiot do wewnętrznej strony przedramienia. Przymknąłem powieki i przycisnąłem żyletkę do żyły.

* * *

Nagle, zamiast wody dookoła wszędzie była czerwona, lepka ciecz, a na podłodze leżała zakrwawiona żyletka, która jeszcze pięć minut temu była wbijana w moje ręce. Nastała pustka. Nie pamiętam dokładnie co się wokół mnie działo. Ktoś płakał, ktoś próbował mnie wynieść. Wszystko wirowało i się rozmazywało. Potem dostałem w twarz i na moment rozjaśniło mi się w głowie. Wszędzie, dosłownie wszędzie była krew. Moja krew. Nade mną stał Logan, który starał się mnie podnieść. Za nim stała przerażona Janette z telefonem w ręku. Była zalana łzami. W uszach mi piszczało. Chłopak zdawał się coś do mnie mówić, ale nic nie słyszałem. Ten przeszywający dźwięk, zagłuszał wszystko. Chciałem zaczerpnąć powietrza, lecz zacząłem się dusić. Uderzyła mnie fala okropnego zapachu. Jakby mieszanina soli i rdzy. Zrobiło mi się niesamowicie duszno, zacząłem się krztusić. Z daleka jakby usłyszałem wycie syren. Z wolno zaczęły docierać do mnie najróżniejsze odgłosy. Janette krzyczała do komórki, żeby ktoś się pospieszył. Logan mówił spokojnie, a jednak podniesionym głosem, że mam się skupić, ale nie docierało do mnie na czym. Grzebał coś przy moich rękach, co dawało dziwne uczucie. Po chwili jakichś dwóch mężczyzn wbiegło do łazienki. Ktoś otworzył na oścież okno i drzwi. Miejsce Logana zajął facet w czerwonym płaszczu. Inny zaczął świecić mi miniaturową latareczką po oczach. Nie wiedziałem co się dzieje i o co tyle zamieszania.
Zaraz potem zasnąłem.
Kiedy otworzyłem oczy byłem w karetce. Leżałem na metalowych noszach, przypięty pasami bezpieczeństwa.
-Co się tu dzieje?- zapytałem. W głowie miałem zamęt. Nic nie trzymało się kupy. Nie potrafiłem zebrać myśli i przypomnieć sobie, co tak właściwie się wydarzyło.
-Może ty mi łaskawie wyjaśnisz- burknął Logy. Dopiero teraz go zauważyłem. Siedział w kącie, a twarz miał poszarzałą. Wydawał się być wykończony.
-Hę?
-Przyjechałem z Janette, żeby pogadać. Jak znalazłeś samochód i te sprawy. Garaż był otwarty, dom tak samo. Szukaliśmy cię i wtedy Janette weszła do toalety...- przerażony spuścił głowę.- Co ci do głowy strzeliło, debilu.
I wtedy zacząłem uświadamiać sobie co się stało. A stało się wiele, bo w końcu chciałem odejść...
W szpitalu nafaszerowali mnie jakimiś usypiaczami, po których zupełnie otępiałem i sam nie wiem kiedy usnąłem. Mogłem nareszcie odpocząć.

środa, 9 kwietnia 2014

Note 8

"Czas przemija nawet wtedy, kiedy wydaje się to niemożliwe. Nawet wtedy, kiedy rytmiczne drganie wskazówki sekundowej zegara wywołuje pulsujący ból. Czas przemija nierówno- raz rwie przed siebie, to znów niemiłosiernie się dłuży- ale mimo to przemija. Nawet mnie to dotyczy."
~Bella, "Księżyc w nowiu"


Kiedy leżałem nieprzytomny, podświadomie czułem przy sobie czyjąś obecność. Nie słyszałem nic, a jednak wiedziałem, że ktoś przy mnie jest. Otworzyłem oczy i wtedy zobaczyłem jej twarz. Amy wpatrywała się we mnie z troską. Westchnąłem.
-Obudziłam cię? Przepraszam- powiedziała cicho. Ręką pogłaskała mnie po policzku. Tym gestem zbiła mnie z tropu.
-Co ty tu robisz?- wychrypiałem. Dopóki się nie odezwałem nie czułem jak bardzo chciało mi się pić.
-Ohh, przywiozłam tu moją siostrę na badania kontrolne, bo jest po wypadku. Przypadkiem widziałam jak wieźli cię na łóżku, więc postanowiłam dowiedzieć się, co się stało- powiedziała i podała mi plastikowy kubeczek z wodą.- Twój przyjaciel w skrócie opowiedział mi, co zrobiłeś.
-Co ty tu robisz?- powtórzyłem wściekły. Nie chciałem jej tu widzieć, po tym jak się zachowała. To ona była powodem moich problemów.
-Nie rozumiem... Mam sobie iść?- wydawała się być zdziwiona. Widać miała talent aktorski.
-Po co tu przyszłaś do cholery?! Po tym co odegrałaś w poniedziałek, nie wiem po co jeszcze udajesz nie wiadomo kogo?! Co ty sobie myślisz w ogóle?!- wybuchłem. Mimo, że moje pytania brzmiały dość retorycznie, to szczerze pragnąłem poznać na nie odpowiedzi.
-Co ja ci zrobiłam?
-Jesteś niemożliwa!
-Oświeć mnie- powiedziała hardo, choć jej oczy były dowodem na to, że moje słowa ją raniły.
-Mówiłem ci wszystko, zaufałem ci. A ty potraktowałaś mnie jak obcego człowieka. Ha! Gorzej, jak śmiecia. I wiesz dlaczego to zrobiłem?- wskazałem na moje obandażowane ręce.- Bo mi zależało! A ty zachowałaś się jak ostatnia szmata.
Dziewczyna nie wytrzymała. Spodziewałem się, że przyłoży mi w twarz, ale ona tylko popatrzała na mnie z bólem w oczach, po czym z płaczem wybiegła z sali.
Zakląłem pod nosem. Dlaczego nie mogłem umrzeć? Świat zdawał się cieszyć moim cierpieniem.
Spojrzałem w stronę uchylonych drzwi. Na plastikowym krzesełku siedziała zapłakana Amy, a przy niej klęczał na jedym kolanie Logan. Prawdopodobnie ją pocieszał, bo w pewnej chwili się uśmiechnęła. Zaraz jednak musiałem odwrócić wzrok, bo mój kumpel podniósł się i wszedł do mojego pokoju.
- Powiesz mi co ty odpierdalasz?!- wypalił. Był wściekły to niedopowiedzenie.
-O co ci chodzi?
-Ta dziewczyna czuwała przy twoim łóżku od wczoraj. Gadała tylko i wyłącznie o tobie i jak się o ciebie martwi. Zostawiła siostrę, żeby móc tu posiedzieć. A ty zachowujesz się jak dupek.
-Chcesz wiedzieć, dlaczego podciąłem sobie te cholerne żyły?- zapytałem z sarkazmem.
-Wytłumacz mi- mruknął.
Usiadł obok mnie, a ja opowiedziałem mu o wszystkim. Jak poznałem Amy, jak jej się zwierzałem i jak po pracy ją spotkałem. Pod koniec Logan nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Podobnie jak ja nic nie rozumiał.
-Dałeś jej się w ogóle wytłumaczyć? Wiesz, ona twierdzi, że nie wie o czym ty mówisz. Rzekomo, tego dnia cię nie widziała. Jedyne co wtedy robiła to przywiozła siostrę do szpitala- powiedział.
- Nie wiem w co ona gra, ale wtedy pod studiem wyglądała jakby rzeczywiście mnie nie kojarzyła. Wiesz jak to cholernie zabolało?
-Ej, poczekaj. Ja ją tu zawołam i zaraz sobie wszystko wyjaśnicie. Gościu, nawet sobie nie wyobrażasz jak jej na tobie zależy- powiedział, kręcąc głową.
Logan podniósł się z wahaniem i wyszedł na korytarz. Spróbowałem opanować targające mną emocje. Mój przyjaciel miał rację, powinienem dać Amy się wytłumaczyć. Mimowolnie zacisnąłęm pięści, a w efekcie syknąłem z bólu. Zerknąłem na opatrunki. Powoli przesiąkały krwią. Co ja najlepszego zrobiłem...
-Hej- szepnęła Amy. Jej oczy unikały mojego spojrzenia.
-To ja was zostawię samych- powiedział Logan i wyszedł zatrzaskując drzwi.
-Przepraszam cię- powiedziałem do dziewczyny. Stała w nogach mojego łóżka i nic nie mówiła.- Chciałbym, żebyś coś mi wyjaśniła...
-Po co, skoro i tak mi nie uwierzysz?
-Daję ci się usprawiedliwić, bo sam nie wiem jak mam wyjaśnić to co się wydarzyło.
-Dzisiaj jest wtorek... Czyli chcesz wiedzieć co wczoraj robiłam, zgadza się?- zapytała. Wreszcie skierowała swoje spojrzenie na mnie. Jej wielkie, niebieskie oczy przepełnione były bezradnością.
-Wiem co robiłaś. Siedziałaś na murku pod studiem. Tam, gdzie widzieliśmy się po raz pierwszy.
-Nie- pokręciła głową.- Do południa byłam w mieście i załatwiałam swoje sprawy. Musiałam iść do sklepu i takie tam. To nieważne. Potem zawiozłam moją siostrę... Czekaj!- nagle szeroko się uśmiechnęła.- Jak wyglądała ta dziewczyna?
-Amy, to byłaś ty- mruknąłem. Drażniła mnie jej zabawa.
-Niech zgadnę miałam warkocz i ciemne okulary?
-Głupie pytanie. Pewnie, że miałaś- przewróciłem oczami. Moja cierpliwość stopniowo się kończyła.
-Głupku, to była moja siostra- zaśmiała się. Jej oczy rozbłysły, a twarz rozświetlił piękny uśmiech. Wydawała się taka szczęśliwa...
-Żartujesz sobie ze mnie?- wydusiłem. Nie przypuszczałem, że Amy może mieć siostrę.- Ale ona wyglądała jak ty...
-Jesteśmy bliźniaczkami- wyjaśniła, szczerząc się.
-No to mnie skasowałaś- wymamrotałem. Kto by przypuszczał, że ona może mieć bliźniaczkę? Nagle zrobiło mi się głupio. Wyszło na to, że to ja ją potraktowałem jak śmiecia, a te wyzwiska...- Jestem idiotą- skomentowałem.
-Nie obwiniaj się.
-Przepraszam, naprawdę przepraszam.
-Wybaczam ci, ale pod jednym warunkiem- powiedziała. Jej uśmiech był słodki jak miód.
Wpatrywała się we mnie przez chwilę, po czym usiadła obok mnie na łóżku. Złapała mnie za jedną z moich obandażowany dłoni i spytała: dlaczego?
Westchnąłem i wyrwałem rękę z jej uścisku. Spojrzałem w sufit, starając się unikać jej spojrzenie.
-Mike?
Spojrzałem jej głęboko w oczy, w te jej wielkie oczy otoczone wachlarzem rzęs i doszukałem się w nich jakiejś czułości.
-Bo zrozumiałem, że mi na tobie zależy- szepnąłem.- Myślałem, że... Pomyślałem sobie...- zabrakło mi słów.
-Że mam cię gdzieś?- dokończyła.
I mnie pocałowała.
Oto moje nadzieje ziściły się. Byłem szczęśliwy, oszołomiony i przerażony. Przede wszystkim przerażony, gdy uświadomiłem sobie, iż moje najdziksze marzenia nie odbiegały wcale tak daleko od rzeczywistości. To dlatego wszelkie zasady przestały się liczyć. To, co było dobre, a co złe nie miało już znaczenia. Lista moich priorytetów została ponownie uporządkowana tak, by zrobić miejsce na samym szczycie dla tej dziewczyny. Ja również nie byłem Amy obojętny.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Note 6

Strach. To naprawdę okropne uczucie, jednak czasami jest ono potrzebne, żeby uświadomić sobie coś na pozór oczywistego.
Strach, to uczucie towarzyszyło mi przez większość mojego życia. Od pewnego momentu zatruwało wszystko, niszczyło resztki szczęścia, wpędzało w paranoje. Lecz teraz to właśnie strach pozwolił mi przejrzeć na oczy. *


Siedziałem w salonie i piłem zimną już herbatę. Miała smak malin. Czułem się totalnie zagubiony.
Oto przed chwilą zwierzyłem się prawie, że obcej dziewczynie. No bo co o niej wiedziałem? Że jest piękna, słodka i ma na imię Amy. Wściekłem się sam na siebie. Najchętniej poszedłbym do baru się upić, niestety jutro trzeba było iść do pracy. Przejechałem dłonią po włosach, czy kiedykolwiek jeszcze ją zobaczę?
Rano uświadomiłem sobie, że nadal nie mam samochodu. Byłem w kropce. Co robić? Wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do Logana.
-Halo?- odezwał się zaspany chłopak.
-Siema, Logy. Słuchaj mam problem i potrzebuję twojej pomocy.
-Teraz?
-Nie, kurwa jutro- powiedziałem z przekąsem.- Sory, że cię obudziłem, ale potrzebuję podwózki do roboty.
-No, a sam nie możesz pojechać? Co ty odwalasz?- Nic nie rozumiał.
-Nie mam samochodu- burknąłem.
-Nie gadaj!- Logan wybuchł śmiechem.
-Weź przyjedź, proszę cię.
-Dobra, już jadę- powiedział, wciąż się śmiejąc.
Byłem zirytowany i wściekły zarazem. Stałem przed podjazdem do mojego domu, zerkając od czasu do czasu na zegarek. Spóźnienie do pracy groziło zetknięciem się z Ignes, a tej chciałem akurat unikać za wszelką cenę.
Nie minęło, jednak dziesięć minut, a pod moim domem pojawił się biały citroen.
Logan otworzył mi drzwi od strony pasażera i ruszyliśmy na piskach.
-Mike, wytłumacz mi jak to się stało, że nie masz auta?- powiedział mój przyjaciel, przybierając protekcjonalny ton głosu. Mój pech zdawał się wyłącznie go bawić.
-Sobota. Bar. I jakoś tak wyszło- wykrztusiłem.
Po chwili ciszy obaj zaczęliśmy się śmiać. Żaden z nas nie był w stanie przypomnieć sobie, co wyprawialiśmy tamtego dnia. Pozostawało to zagadką.
-Ja wylądowałem na izbie wytrzeźwień, a ty zgubiłeś samochód. No brawo. Janette, nigdzie mnie z tobą nie puści przez następny miesiąc- zażartował.
Logan spotykał się z Janette od półtora roku. Mieszkali razem i byli szczęśliwi.
-Bywa- powiedziałem.
Zaparkowaliśmy pod szklanym wieżowcem. Pożegnałem się z przyjacielem i wyszedłem z samochodu. Dzięki szaleńczemu stylowi jazdy mojego kompana, nie groziło mi już spóźnienie.
Wolnym krokiem wszedłem do budynku. Skinięciem głowy powitałem szefa ochrony i wszedłem do windy.
-Hej, Mike- powiedziała Ignes uśmiechając się promiennie. Miała na sobie dopasowaną, czerwoną sukienkę.
-Dzień dobry- odpowiedziałem i wcisnąłem guzik 8 piętra. Oparłem się o jedną ściankę windy, a Ignes o drugą. Mierzyliśmy się wzrokiem.
-Co robiłeś przez weekend?- odezwała się w pewnej chwili.
-Nie twoja sprawa. Daj mi wreszcie spokój, dziewczyno!
-Żebyś nie żałował- mruknęła i w tej samej chwili opuściła windę. Wziąłem głęboki wdech. Od dawna miałem dosyć jej zagrywek, ale po wczorajszych wydarzeniach uświadomiłem sobie, że teraz drażnią mnie one jeszcze bardziej. Czemu? Jeśli miałem być szczery, powodem była Amy. Nie znałem jej za dobrze, a jednak zawróciła mi w głowie. Ciągle nie wiem jak to się stało.
Wszedłem do swojej pracowni i zacząłem odpalać cały sprzęt.

* * *

Wybiła dwunasta. Przerwa na lunch. Zabrałem portfel i telefon, i wyszedłem ze studia. Przeszedłem przez szklane drzwi, a zaraz oślepił mnie jasny blask słońca. Skrzywiłem się i zakryłem oczy ręką. Normalnie założyłbym moje ulubione czarne okulary przeciwsłoneczne, jednak te zaginęły wraz z moim samochodem.
Udałem się do baru, który był całkiem niedaleki stąd. Dość często odwiedzałem go z Loganem.
Już miałem wchodzić do budynku, kiedy stanąłem jak wryty. Na małym parkingu przed barem stał czarny kabriolet, który wyglądał zupełnie jak mój. Bo to był mój kabriolet. Podszedłem do drzwiczek i pociągnąłem za klamkę. O dziwo, nie były one zamknięte, a jedynie zatrzaśnięte. Byłem w szoku. Jakim cudem mój samochód się tu znalazł? I dlaczego stał tu sobie otwarty jak gdyby nigdy nic? Usiadłem za kierownicą gdzie spotkała mnie kolejna niespodzianka- kluczyki były w stacyjce. Nagle szok ustąpił miejsca irytacji, co się działo tej nieszczęsnej soboty? Oparłem głowę o kierownicę i zamknąłem oczy. Czułem się, jakby ktoś wyrwał mi z życia jeden wieczór, którego byłem uczestnikiem. Bardzo chciałem przypomnieć sobie co wtedy wyprawiałem, głównie ze względu na Amy, którą wtedy poznałem. Niewątpliwie coś do niej czułem, ale nie byłem w stanie określić co to było. Ciekawiła mnie jej osoba. Pragnąłem ją poznać. Pragnąłem, aby ona poznała mnie. Nie umiałem tego nazwać.
Niespodziewanie zadzwonił mój telefon i samochód wypełnił śpiew Amy Lee, z zespołu Evanescence. Spojrzałem na ekran, dzwonił Logan.
-Hej- powiedziałem.
-Cześć, Mike. O której dzisiaj kończysz?- spytał Logy.
-Koło czternastej, a co? Stęskniłeś się?- uwielbiałem się z nim droczyć.
-W sumie to chyba nie, ale pomyślałem, że nie masz ochoty wracać do domu na piechotę, więc...
-Właśnie znalazłem samochód- przerwałem mu. Mój głos wciąż zdradzał, że jestem tym faktem tak jak i on zdziwiony.
-Jak to "znalazłeś"? Dopiero co mówiłeś... Eh, dobra nieważne- zaśmiał się nagle.
-Co ty wyrabiasz? Logan?
-Nic, nic. Janette właśnie wróciła z sesji. Ja kończę, nara- i się rozłączył.
Pokiwałem głową i wyszedłem do baru.

* * *

Wyszedłem ze studia około drugiej po południu. Słońce grzało jak nigdy, więc zdjąłem marynarkę. Przystanąłem obok samochodu, by zapalić papierosa, kiedy zobaczyłem Amy na tym samym murku co kiedyś. Z uśmiechem do niej podszedłem. Była odwrócona tyłem.
-Cześć- powiedziałem.
Dziewczyna przekręciła głowę, żeby na mnie spojrzeć. Na nosie miała ciemne okulary, nie wiem czy coś przez nie widziała.
-Do mnie mówisz?- odezwała się. Jej głos wydawał mi się nieco inny. Był podobny do głosu Amy, ale nie należał do niej.
-No raczej. To ja, Mike.
-Chyba mnie z kimś pomyliłeś- powiedziała zdezorientowana. Dłonią poprawiła niesforny kosmyk włosów, który wydostał się z misternie plecionego warkocza.
-Żartujesz sobie ze mnie czy co? Wczoraj tyle ci mówiłem, a dziś udajesz, że mnie nie znasz?!- byłem wściekły. Zabrakło mi słów. Jak po tym wszystkim mogła udawać, że pierwszy raz mnie widzi. Swoją drogą była świetną aktorką, ponieważ wyglądała na naprawdę zszokowaną.
-Przepraszam, ale nie wiem o czym mówisz. Serio.
-Amy, przestań!
-Mam na imię Sarah, ale Amy to...
-Dosyć!- warknąłem i ruszyłem w stronę mojego kabrioletu. Usiadłem za kierownicą i spuściłem dach. Kipiałem gniewem. Zachowanie dziewczyny tak wyprowadziło mnie z równowagi, że nawet nie zwróciłem uwagi, na to, że ktoś woła moje imię.
W tej właśnie chwili uświadomiłem sobie coś strasznego. Zależało mi na tej dziewczynie. Zawładnął mną strach, że nigdy więcej jej nie zobaczę i to właśnie ten strach uświadomił mi jakie uczucie mną kierowało.
Potrzebowałem Amy.

_________________________________________________________________

*Wstęp zaczerpnięty z serialu "Invisible" autorstwa TheLalola33 (https://www.youtube.com/user/TheLalola33/videos)

Note 5

Często myślę, dlaczego wszystko, zawsze obraca się przeciwko mnie. Bo sam sobie jestem winny. Niszczę się systematycznie, nie daję sobie żadnej szansy. Dokonuję okrutnego mordu na sobie. Ale mam nadzieję, że trafię do nieba. "Bo narkomani mają piekło na ziemi, czyściec przechodzą w momencie śmierci, cała trucizna uwalnia się w ostatnim oddechu. I potem mają swoją wymarzoną, wyczekaną i wyćpaną szczęśliwość."


-Brałeś coś- powiedziała.
-Pierdolisz- zaśmiałem się.
Amy raptownie się ode mnie odsunęła i ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedziałem co jej się stało.
-Jesteś narkomanem...-wyszeptała. Prychnąłem w odpowiedzi, na co dziewczyna podniosła wzrok.
-Jeszcze czego.
-Pokaż ręce.
Podniosłem rękawy koszulki i śmiało podałem dziewczynie ręce. Rozumiałem o co jej chodziło. Sprawdzała mi kanały.
-Masz zrosty, czyli w przeszłości ćpałeś i się ciąłeś- powiedziała, jakby sama do siebie.- Co ty z sobą zrobiłeś?
I nagle się rozpłakała. Po jej policzkach zaczęły spływać lśniące łzy. To było jak cios w plecy, dosłownie. Poczułem się jak ostatni chuj.
-Co cię to obchodzi? Jestem na dnie- stwierdziłem. Amy mnie nie znała, ale na oko można było powiedzieć, że jest moim przeciwieństwem. Wyglądała słodko, grzecznie i potulnie. Jej szczery uśmiech zapadał w pamięć. Dziecięce spojrzenie wzruszyłoby nawet człowieka z kamienia. A cała jej osoba zdawała się być mieszkańcem nieba, nie ziemi.
-Nie potrafię stać z boku i patrzeć jak wszyscy się staczają- wychlipiała przez łzy. Patrzenie na jej ból, było swego rodzaju karą. Wyglądała jak człowiek pozbawiony wszelkiej nadziei, co sprawiało mi wewnętrzne cierpienie.
-Przecież nic o mnie nie wiesz. Mnie nie warto ratować.
-Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, wiedziałam, że muszę ci pomóc- szepnęła.- Proszę, opowiedz mi coś o sobie. Zrób to dla mnie.
-Dla ciebie? A kim ty właściwie jesteś?- zapytałem.
W pokoju zapanowała chwila ciszy. Mierzyliśmy się wzrokiem. Ja wygrałem.
-Nie wiem.
-Aniołem Stróżem.
A potem chyba zasnąłem.
Obudził mnie gwizdek czajnika i delikatny zapach owocowej herbaty. Otworzyłem oczy, półleżałem na kanapie. W kuchni stała jakaś dziewczyna i chyba parzyła sobie herbatę.
-Amy?- zapytałem.
Na dźwięk swojego imienia odwróciła się. Na jej twarzy malowała się jakby ulga i zmieszanie. Podeszła i ukucnęła przy mnie, przeszywając mnie wzrokiem.
-Jak się czujesz?
-Eeee- zastanowiłem się nad odpowiedzią. Głowa nie bolała, nie było mi jakoś specjalnie niedobrze, tylko miałem w głowie taką pustkę...- Zdaje się, że okey. Ale co ty tu kurwa robisz?
Westchnęła i pokręciła głową, po czym wróciła do kuchni, by przynieść dwa kubki herbaty. Postawiła je na szklanym stoliku, a ja się podniosłem. Sama, zajęła miejsce na białym fotelu i wpatrywała się we mnie uporczywie. To spojrzenie mnie dobijało. Było takie... Nie ma słów, by je opisać. Wprawiało mnie w poczucie winy. Czułem skruchę.
-Zacznijmy od początku- wyszeptała, przerywając przyjemną ciszę.
-Masz na imię Mike. Ile masz lat?
-Niedawno skończyłem dwadzieścia.
-Pracujesz?
-Jestem fotografem w jednym z największych studio modelingowych w Miami- uśmiechnąłem się kpiarsko.- Ciekawa robota, nie powiem. Robię zdjęcia różnym dziewczynom, ładnym i nie. I jeszcze dobrze płacą.
-Ah, tak- zamyśliła się.- Mieszkasz tu sam?
-Jak widać.
-Dlaczego?
-A co to, przesłuchanie?- wycedziłem przez zęby. Co to miało być? Ta laska zadawała mi jakieś chore pytania, w moim własnym domu. To nie miało w ogóle sensu.
-Tak jakby. Jak mam ci pomóc, to muszę coś o tobie wiedzieć.
-Nikt cię nie prosił o pomoc- warknąłem.
-Odpowiedz, dlaczego mieszkasz tu sam?- Wydawała się nie słyszeć tego, co do niej mówiłem. Ignorowała wszystko, co nie dotyczyło jej pytań.
-A z kim mam mieszkać? Jestem sam.
-Jak to sam? A przyjaciele, rodzina?
-Nie mam rodziny, po prostu. Jestem jedynakiem, a wychowałem się w poprawczaku, zadowolona?
-Co zrobiłeś, że tam trafiłeś?- drążyła. Spoglądała na mnie łagodnie, a jednak przeszywająco. W swoich drobnych dłoniach trzymała kubek z gorącym napojem.
-Czy to ważne?- jęknąłem.
-A żałujesz?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy żałuję tego co zrobiłem. Amy była pierwszą, która zadała mi to pytanie. W myślach cofnąłem się do czasów dzieciństwa. Miałem sześć lat, kiedy po raz pierwszy zostałem sam. Musiałem sobie jakoś radzić. W wieku dwunastu lat poznałem, czym jest ulica i jak wygląda toczące się na niej życie. Byłem "dzieckiem ulicy". Smarkaczem, którego nikt nie chciał. Porządni ludzie na mój widok brali swoje pociechy na ręce, aby uchronić je przed takim losem.
-Mike?
-Ja tego nie chciałem, przecież to nie moja wina- szepnąłem.
-Mike, co ty zrobiłeś?- Amy usiadła obok mnie na kanapie i chwyciła za rękę.
-Wiesz co to znaczy być "forever alone"?- powiedziałem, ukrywając twarz w dłoniach. Wstydziłem się swojej przeszłości i tego kim się stałem. Niestety, nie potrafiłem tego zmienić.
-Amy, moja matka, ona była dosyć mądra. Zaraz jak mnie urodziła, uciekła nie wiadomo gdzie. Miałem tylko ojca, który nie był przygotowany na coś takiego. Kompletnie sobie nie radził, ale nie ma go za co winić. Jak miał mnie samemu wychować, skoro miał tylko szesnaście lat? No jak? Oddał mnie pod opiekę swoim rodzicom, którzy, no cóż, znienawidzili mnie od pierwszej chwili.
-Nie do wiary- cicho skomentowała Amy.
-Dorastałem u boku mojego jedynego przyjaciela, Logana, który też nie miał lekko. Mieszkał z matką alkoholiczką, która sprowadzała do domu jakiś fagasów- prychnąłem.
Wspomnienia te były smutne, lecz nie tak bolesne jak kiedyś. Pogodziłem się z faktem, że nie dane mi było cieszyć się beztroskim dorastaniem.
-Kiedy skończyłem sześć lat, Alex, bo tak miał na imię mój ojciec, wyjechał na studia. I wtedy zaczęło się piekło. Dziadkowie uciekli... Zostawili mnie pewnej nocy w łóżku, a sami wyjechali. Bóg jeden wie gdzie! Po prostu mnie zostawili. A ja byłem tylko małym chłopcem. Dorastałem samotnie, mając jedynie Logana, któremu zawdzięczam wszystko. Dawał jedzenie i inne błahostki, ale ile tak mogło być? Trzeba było płacić rachunki i te sprawy. Zabrano mnie do domu dziecka, a jakiś czas później dołączył do mnie Logan. Przecież u niego w domu też było piekło. Razem dzieliliśmy sypialnię i szkolną ławkę. Byliśmy jak bracia
-A twój tata? Nie wrócił?
-Pewnego dnia Alex przyjechał. Dzień przed moimi dwunastymi urodzinami. Nienawidziłem go, uważałem, że to wszystko jego wina. Krzyczałem i chyba nawet go uderzyłem- pokręciłem głową. Dlaczego jej to wszystko opowiadałem? To było niedorzeczne.- Sprawiałem sporo problemów. Dusza buntownicza, podobno po matce- powiedziałem uśmiechając się łobuzersko.
-A dlaczego przyjechał akurat wtedy?- spytała Amy. W jej niebieskich oczach lśniły łzy. Wydawała się być poruszona moją historią.
-Twierdził, że nie wiedział, iż trafiłem do sierocińca. Mówił, że wrócił ze studiów i chciał się mną zająć. Nie wierzyłem mu. Powiedziałem, że nie chcę go znać. Tej nocy uciekłem. Posmakowałem złudnej "wolności". Ulica przyjęła mnie ciepło. Jacyś bezdomni na plaży robili sobie ognisko, więc do nich podszedłem. Dali mi jeść i okazali troskę. Wytłumaczyli, że jestem za młody, by iść w ich ślady, że jeszcze będą ze mnie ludzie. Poczułem, że wolę tych bezdomnych od mojego ojca. Rankiem, wróciłem do "domu".
-Miałeś trudne dzieciństwo.
-Nikt chyba nie ma lekko. Ale pewnie chcesz wiedzieć za co mnie zamknęli, prawda?
-Sama nie wiem, zwątpiłam.
-Kiedyś ci powiem- obiecałem.
Siedziała obok mnie, patrząc w podłogę. Przejechałem dłonią po jej policzku.
-Zrobiło się późno, lepiej już pójdę- szepnęła, po pewnym czasie. Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie, który wskazywał dziewiątą.
-A może zostaniesz?
-Muszę, już wracać- powiedziała i podniosła się z kanapy.
Odprowadziłem ją pod drzwi i spojrzałem nieśmiało w jej oczy.
-Dziękuję ci- mruknąłem.
W odpowiedzi pocałowała mnie w policzek i szybkim krokiem wyszła.
Zostawiła mnie zaszokowanego z setką pytań bez odpowiedzi.


____________________________________________________________________

Witajcie kochani. <3
Przepraszam, za tę przerwę ale postaram się poprawić. Notki zamierzam wstawiać średnio raz w tygodniu, ale nie wiem jak to wyjdzie. Ktoś mi ostatnio powiedział, że mam się nie dziwić, że brakuje mi czytelników skoro nie publikuję na czas. Dziękuję Ci bardzo mocno, bo to był właśnie kop, którego potrzebowałam. Buziaki dla wszystkich. Do usłyszenia. ;*
byBellaaa