niedziela, 20 kwietnia 2014

Note 7

"Chłopiec już nigdy więcej nie płakał i nigdy nie zapomniał tego, czego się nauczył: że kochać to niszczyć i że być kochanym to znaczy być zniszczonym."
~Jace, Miasto Kości

Jechałem tak szybko, jak tylko pozwalał na to mój samochód. Z pewnością przekroczyłem dozwoloną prędkość, jednak nie zawracałem sobie tym głowy. Liczyło się tylko to uczucie. Uczucie, które raniło i zostawiało w ustach gorzki smak. Zdrada.
Marzyłem, by okazało się, że śnię. Modliłem się, aby to był zwykły koszmar. Niestety, nic na to nie wskazywało. To była niemiła rzeczywistość z którą musiałem się zmierzyć.
Zaparkowałem z piskiem opon, w jednym z moich ulubionych miejsc. Była to dzika plaża, pełna wysokich krzaków. Usiadłem na piasku i schowałem twarz w dłoniach. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zachciało mi się płakać. Do czego to doszło, pomyślałem, żeby jakaś dziewczyna doprowadzała mnie do łez. Odrzuciłem głowę do tyłu i zaczerpnąłem powietrza. Było takie świeże... Do tego słońce przyjemnie grzało.
Jego jasne promienie odbijały się w błękitnej wręcz wodzie. Te jasne promienie skojarzyły mi się z cudownymi blond włosami Amy, które bajecznie kołysały się na wietrze. I jej uroczy uśmiech, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy na tym pieprzonym murku...
Dlaczego ona mi to zrobiła?
Naprawdę nic jej nie obchodziłem?
Czułem się jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Albo gorzej.
I wtedy podjąłem najgłupszą decyzję, jaką kiedykolwiek w życiu podjąłem.
Postanowiłem zakończyć to wszystko.
Wstałem i rzuciłem się biegiem do samochodu. W moich żyłach płynęła adrenalina od nadmiaru kłębiących się emocji. Wiedziałem, że moje postanowienie pojawiło się zbyt szybko i było bardzo lekkomyślne. Tylko, co miałem do stracenia? Od zawsze byłem sam, zdany wyłącznie na los. Nikt mnie nie chciał i nie potrzebował. Dotychczas jakoś sobie z tym radziłem, pogodziłem się z tym, lecz to było zanim poznałem kogoś takiego jak Amy. Ona była inna. Wyjątkowa. Myślałem, że chce mi pomóc. Zaufaełem jej.
W mgnieniu oka znalazłem się we własnym domu. Nie zaprzątałem sobie głowy takimi błahostkami, jak choćby zamknięcie bramy garażu. Śpieszno mi było zniknąć.
Pędem wparowałem do łazienki i wszedłem do wanny. Siedząc, przeciągnąłem przez głowę T-shirt i rzuciłem go gdzieś na podłogę. Z tylnej kieszeni dżinsów wyjąłem telefon. Otworzyłem jego tylną klapkę i wydostałem ze środka baterię, pod którą była niewielka żyletka. Wziąłem głęboki oddech i wyjąłem ją z obudowy telefonu, który po chwili również znalazł się na podłodze. Właśnie ta żyletka była pamiątką z czasów zakładu poprawczego. Wtedy miałem problemy sam ze sobą i miała ona ze mną zostać do końca, jednak los przygotował dla mnie inny scenariusz. Drżącą dłonią zbliżyłem lśniący przedmiot do wewnętrznej strony przedramienia. Przymknąłem powieki i przycisnąłem żyletkę do żyły.

* * *

Nagle, zamiast wody dookoła wszędzie była czerwona, lepka ciecz, a na podłodze leżała zakrwawiona żyletka, która jeszcze pięć minut temu była wbijana w moje ręce. Nastała pustka. Nie pamiętam dokładnie co się wokół mnie działo. Ktoś płakał, ktoś próbował mnie wynieść. Wszystko wirowało i się rozmazywało. Potem dostałem w twarz i na moment rozjaśniło mi się w głowie. Wszędzie, dosłownie wszędzie była krew. Moja krew. Nade mną stał Logan, który starał się mnie podnieść. Za nim stała przerażona Janette z telefonem w ręku. Była zalana łzami. W uszach mi piszczało. Chłopak zdawał się coś do mnie mówić, ale nic nie słyszałem. Ten przeszywający dźwięk, zagłuszał wszystko. Chciałem zaczerpnąć powietrza, lecz zacząłem się dusić. Uderzyła mnie fala okropnego zapachu. Jakby mieszanina soli i rdzy. Zrobiło mi się niesamowicie duszno, zacząłem się krztusić. Z daleka jakby usłyszałem wycie syren. Z wolno zaczęły docierać do mnie najróżniejsze odgłosy. Janette krzyczała do komórki, żeby ktoś się pospieszył. Logan mówił spokojnie, a jednak podniesionym głosem, że mam się skupić, ale nie docierało do mnie na czym. Grzebał coś przy moich rękach, co dawało dziwne uczucie. Po chwili jakichś dwóch mężczyzn wbiegło do łazienki. Ktoś otworzył na oścież okno i drzwi. Miejsce Logana zajął facet w czerwonym płaszczu. Inny zaczął świecić mi miniaturową latareczką po oczach. Nie wiedziałem co się dzieje i o co tyle zamieszania.
Zaraz potem zasnąłem.
Kiedy otworzyłem oczy byłem w karetce. Leżałem na metalowych noszach, przypięty pasami bezpieczeństwa.
-Co się tu dzieje?- zapytałem. W głowie miałem zamęt. Nic nie trzymało się kupy. Nie potrafiłem zebrać myśli i przypomnieć sobie, co tak właściwie się wydarzyło.
-Może ty mi łaskawie wyjaśnisz- burknął Logy. Dopiero teraz go zauważyłem. Siedział w kącie, a twarz miał poszarzałą. Wydawał się być wykończony.
-Hę?
-Przyjechałem z Janette, żeby pogadać. Jak znalazłeś samochód i te sprawy. Garaż był otwarty, dom tak samo. Szukaliśmy cię i wtedy Janette weszła do toalety...- przerażony spuścił głowę.- Co ci do głowy strzeliło, debilu.
I wtedy zacząłem uświadamiać sobie co się stało. A stało się wiele, bo w końcu chciałem odejść...
W szpitalu nafaszerowali mnie jakimiś usypiaczami, po których zupełnie otępiałem i sam nie wiem kiedy usnąłem. Mogłem nareszcie odpocząć.

1 komentarz: