poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Note 5

Często myślę, dlaczego wszystko, zawsze obraca się przeciwko mnie. Bo sam sobie jestem winny. Niszczę się systematycznie, nie daję sobie żadnej szansy. Dokonuję okrutnego mordu na sobie. Ale mam nadzieję, że trafię do nieba. "Bo narkomani mają piekło na ziemi, czyściec przechodzą w momencie śmierci, cała trucizna uwalnia się w ostatnim oddechu. I potem mają swoją wymarzoną, wyczekaną i wyćpaną szczęśliwość."


-Brałeś coś- powiedziała.
-Pierdolisz- zaśmiałem się.
Amy raptownie się ode mnie odsunęła i ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedziałem co jej się stało.
-Jesteś narkomanem...-wyszeptała. Prychnąłem w odpowiedzi, na co dziewczyna podniosła wzrok.
-Jeszcze czego.
-Pokaż ręce.
Podniosłem rękawy koszulki i śmiało podałem dziewczynie ręce. Rozumiałem o co jej chodziło. Sprawdzała mi kanały.
-Masz zrosty, czyli w przeszłości ćpałeś i się ciąłeś- powiedziała, jakby sama do siebie.- Co ty z sobą zrobiłeś?
I nagle się rozpłakała. Po jej policzkach zaczęły spływać lśniące łzy. To było jak cios w plecy, dosłownie. Poczułem się jak ostatni chuj.
-Co cię to obchodzi? Jestem na dnie- stwierdziłem. Amy mnie nie znała, ale na oko można było powiedzieć, że jest moim przeciwieństwem. Wyglądała słodko, grzecznie i potulnie. Jej szczery uśmiech zapadał w pamięć. Dziecięce spojrzenie wzruszyłoby nawet człowieka z kamienia. A cała jej osoba zdawała się być mieszkańcem nieba, nie ziemi.
-Nie potrafię stać z boku i patrzeć jak wszyscy się staczają- wychlipiała przez łzy. Patrzenie na jej ból, było swego rodzaju karą. Wyglądała jak człowiek pozbawiony wszelkiej nadziei, co sprawiało mi wewnętrzne cierpienie.
-Przecież nic o mnie nie wiesz. Mnie nie warto ratować.
-Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, wiedziałam, że muszę ci pomóc- szepnęła.- Proszę, opowiedz mi coś o sobie. Zrób to dla mnie.
-Dla ciebie? A kim ty właściwie jesteś?- zapytałem.
W pokoju zapanowała chwila ciszy. Mierzyliśmy się wzrokiem. Ja wygrałem.
-Nie wiem.
-Aniołem Stróżem.
A potem chyba zasnąłem.
Obudził mnie gwizdek czajnika i delikatny zapach owocowej herbaty. Otworzyłem oczy, półleżałem na kanapie. W kuchni stała jakaś dziewczyna i chyba parzyła sobie herbatę.
-Amy?- zapytałem.
Na dźwięk swojego imienia odwróciła się. Na jej twarzy malowała się jakby ulga i zmieszanie. Podeszła i ukucnęła przy mnie, przeszywając mnie wzrokiem.
-Jak się czujesz?
-Eeee- zastanowiłem się nad odpowiedzią. Głowa nie bolała, nie było mi jakoś specjalnie niedobrze, tylko miałem w głowie taką pustkę...- Zdaje się, że okey. Ale co ty tu kurwa robisz?
Westchnęła i pokręciła głową, po czym wróciła do kuchni, by przynieść dwa kubki herbaty. Postawiła je na szklanym stoliku, a ja się podniosłem. Sama, zajęła miejsce na białym fotelu i wpatrywała się we mnie uporczywie. To spojrzenie mnie dobijało. Było takie... Nie ma słów, by je opisać. Wprawiało mnie w poczucie winy. Czułem skruchę.
-Zacznijmy od początku- wyszeptała, przerywając przyjemną ciszę.
-Masz na imię Mike. Ile masz lat?
-Niedawno skończyłem dwadzieścia.
-Pracujesz?
-Jestem fotografem w jednym z największych studio modelingowych w Miami- uśmiechnąłem się kpiarsko.- Ciekawa robota, nie powiem. Robię zdjęcia różnym dziewczynom, ładnym i nie. I jeszcze dobrze płacą.
-Ah, tak- zamyśliła się.- Mieszkasz tu sam?
-Jak widać.
-Dlaczego?
-A co to, przesłuchanie?- wycedziłem przez zęby. Co to miało być? Ta laska zadawała mi jakieś chore pytania, w moim własnym domu. To nie miało w ogóle sensu.
-Tak jakby. Jak mam ci pomóc, to muszę coś o tobie wiedzieć.
-Nikt cię nie prosił o pomoc- warknąłem.
-Odpowiedz, dlaczego mieszkasz tu sam?- Wydawała się nie słyszeć tego, co do niej mówiłem. Ignorowała wszystko, co nie dotyczyło jej pytań.
-A z kim mam mieszkać? Jestem sam.
-Jak to sam? A przyjaciele, rodzina?
-Nie mam rodziny, po prostu. Jestem jedynakiem, a wychowałem się w poprawczaku, zadowolona?
-Co zrobiłeś, że tam trafiłeś?- drążyła. Spoglądała na mnie łagodnie, a jednak przeszywająco. W swoich drobnych dłoniach trzymała kubek z gorącym napojem.
-Czy to ważne?- jęknąłem.
-A żałujesz?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy żałuję tego co zrobiłem. Amy była pierwszą, która zadała mi to pytanie. W myślach cofnąłem się do czasów dzieciństwa. Miałem sześć lat, kiedy po raz pierwszy zostałem sam. Musiałem sobie jakoś radzić. W wieku dwunastu lat poznałem, czym jest ulica i jak wygląda toczące się na niej życie. Byłem "dzieckiem ulicy". Smarkaczem, którego nikt nie chciał. Porządni ludzie na mój widok brali swoje pociechy na ręce, aby uchronić je przed takim losem.
-Mike?
-Ja tego nie chciałem, przecież to nie moja wina- szepnąłem.
-Mike, co ty zrobiłeś?- Amy usiadła obok mnie na kanapie i chwyciła za rękę.
-Wiesz co to znaczy być "forever alone"?- powiedziałem, ukrywając twarz w dłoniach. Wstydziłem się swojej przeszłości i tego kim się stałem. Niestety, nie potrafiłem tego zmienić.
-Amy, moja matka, ona była dosyć mądra. Zaraz jak mnie urodziła, uciekła nie wiadomo gdzie. Miałem tylko ojca, który nie był przygotowany na coś takiego. Kompletnie sobie nie radził, ale nie ma go za co winić. Jak miał mnie samemu wychować, skoro miał tylko szesnaście lat? No jak? Oddał mnie pod opiekę swoim rodzicom, którzy, no cóż, znienawidzili mnie od pierwszej chwili.
-Nie do wiary- cicho skomentowała Amy.
-Dorastałem u boku mojego jedynego przyjaciela, Logana, który też nie miał lekko. Mieszkał z matką alkoholiczką, która sprowadzała do domu jakiś fagasów- prychnąłem.
Wspomnienia te były smutne, lecz nie tak bolesne jak kiedyś. Pogodziłem się z faktem, że nie dane mi było cieszyć się beztroskim dorastaniem.
-Kiedy skończyłem sześć lat, Alex, bo tak miał na imię mój ojciec, wyjechał na studia. I wtedy zaczęło się piekło. Dziadkowie uciekli... Zostawili mnie pewnej nocy w łóżku, a sami wyjechali. Bóg jeden wie gdzie! Po prostu mnie zostawili. A ja byłem tylko małym chłopcem. Dorastałem samotnie, mając jedynie Logana, któremu zawdzięczam wszystko. Dawał jedzenie i inne błahostki, ale ile tak mogło być? Trzeba było płacić rachunki i te sprawy. Zabrano mnie do domu dziecka, a jakiś czas później dołączył do mnie Logan. Przecież u niego w domu też było piekło. Razem dzieliliśmy sypialnię i szkolną ławkę. Byliśmy jak bracia
-A twój tata? Nie wrócił?
-Pewnego dnia Alex przyjechał. Dzień przed moimi dwunastymi urodzinami. Nienawidziłem go, uważałem, że to wszystko jego wina. Krzyczałem i chyba nawet go uderzyłem- pokręciłem głową. Dlaczego jej to wszystko opowiadałem? To było niedorzeczne.- Sprawiałem sporo problemów. Dusza buntownicza, podobno po matce- powiedziałem uśmiechając się łobuzersko.
-A dlaczego przyjechał akurat wtedy?- spytała Amy. W jej niebieskich oczach lśniły łzy. Wydawała się być poruszona moją historią.
-Twierdził, że nie wiedział, iż trafiłem do sierocińca. Mówił, że wrócił ze studiów i chciał się mną zająć. Nie wierzyłem mu. Powiedziałem, że nie chcę go znać. Tej nocy uciekłem. Posmakowałem złudnej "wolności". Ulica przyjęła mnie ciepło. Jacyś bezdomni na plaży robili sobie ognisko, więc do nich podszedłem. Dali mi jeść i okazali troskę. Wytłumaczyli, że jestem za młody, by iść w ich ślady, że jeszcze będą ze mnie ludzie. Poczułem, że wolę tych bezdomnych od mojego ojca. Rankiem, wróciłem do "domu".
-Miałeś trudne dzieciństwo.
-Nikt chyba nie ma lekko. Ale pewnie chcesz wiedzieć za co mnie zamknęli, prawda?
-Sama nie wiem, zwątpiłam.
-Kiedyś ci powiem- obiecałem.
Siedziała obok mnie, patrząc w podłogę. Przejechałem dłonią po jej policzku.
-Zrobiło się późno, lepiej już pójdę- szepnęła, po pewnym czasie. Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie, który wskazywał dziewiątą.
-A może zostaniesz?
-Muszę, już wracać- powiedziała i podniosła się z kanapy.
Odprowadziłem ją pod drzwi i spojrzałem nieśmiało w jej oczy.
-Dziękuję ci- mruknąłem.
W odpowiedzi pocałowała mnie w policzek i szybkim krokiem wyszła.
Zostawiła mnie zaszokowanego z setką pytań bez odpowiedzi.


____________________________________________________________________

Witajcie kochani. <3
Przepraszam, za tę przerwę ale postaram się poprawić. Notki zamierzam wstawiać średnio raz w tygodniu, ale nie wiem jak to wyjdzie. Ktoś mi ostatnio powiedział, że mam się nie dziwić, że brakuje mi czytelników skoro nie publikuję na czas. Dziękuję Ci bardzo mocno, bo to był właśnie kop, którego potrzebowałam. Buziaki dla wszystkich. Do usłyszenia. ;*
byBellaaa

1 komentarz: