piątek, 29 sierpnia 2014

Note 15

"Ze spokojem zamknę oczy swe, wiem, że zawsze staniesz obok mnie.
Trudny start, bez przerwy staramy się
Setki kłótni, dzięki tobie jestem wiesz?
Twoja przyjaźń cenna, ważna jest
Słone łzy bardzo ranią mnie.
Oglądam się od lat pomagasz mi
Jesteś najlepsza
Mówię to po prostu dziś
Dzień czy noc oparcie we mnie non stop
Nie zważając na nic zawsze będę obok
Wznieść się na szczyt prosto jest
Gdy masz osobę która wesprze cię
Nie udany ruch dosyć już
On przy tobie zawsze zostanie tu
Dziękuję ci za wszystkie chwile złe
W których stale byłaś obok mnie
Nasz wspólny płacz i gniew nie raz
Zbliżają do siebie i to jak."


Siedziałem z Loganem w salonie i szczerze rozmawialiśmy.- postanowiłem opowiedzieć mu o wszystkim co mnie spotkało. O tym, jak zauroczyłem się w Amy i o tym, że nazwała mnie głupkiem. O tym jak ją odwiedziłem i o tym, jak znienawidziła mnie jej siostra. Nie pominąłem niczego.
Dlaczego postanowiłem być z nim szczery?
Bo nigdy mnie nie zdradził.
Bo mogłem mu zaufać.
Bo tajemnice nie miały sensu.
Bo potrzebowałem kogoś, z kim mógłbym szczerze pogadać.
Bo nie wiedziałem co robić.
I wiecie co? Cholernie dobrze zrobiłem.
Logan uważnie słuchał, wtrącają od czasu do czasu jakiś komentarz. Był prawdziwym przyjacielem. Po raz kolejny udowodnił, że mogę na niego liczyć. Patrzył na mnie ze zrozumieniem, a nie z pobłażaniem jak zrobiłby to każdy inny. Wychował nas ten sam los. Wspólna historia miała na nas duży wpływ, dzięki czemu byliśmy naprawdę, najlepszymi przyjaciółmi.
-I co teraz chcesz zrobić?- zapytał Logan.
-Sam chciałbym wiedzieć- mruknąłem. Nie wiedziałem, czy powinienem iść przeprosić Amy, czy też zapomnieć o wszystkim.- Wiesz, ona mimo wszystko wiele dla mnie zrobiła.
-Mike, ty chciałeś sobie odebrać przez nią życie, pamiętasz?- jak mógłbym zapomnieć.- Nie powinieneś skreślać jej tak do końca. Może gdybyście się bliżej poznali, moglibyście zostać przyjaciółmi.
-Kto wie...- szepnąłem. Nie umiałem sobie tego wyobrazić. Wspólne wyjścia do miasta, rozmowy... Wolałem pracować na jej uśmiechy i spojrzenia.- A co z tobą i Janette, co?- wiedziałem, że Logan nie oczekuje tego ode mnie, ale chciałem, by wiedział, że mimo moich zmartwień zawsze jestem do jego dyspozycji.
-Jak mam być szczery to bywało lepiej.
-To znaczy?
-Sam nie wiem. Ostatnio urywa nam się kontakt. Próbuje z nią rozmawiać, ale ona się odcina...
-Z dnia na dzień świat robi się coraz bardziej popaprany- stwierdziłem.
Logan i Janette byli praktycznie nierozłączni. Różnice zamiast ich dzielić, łączyły. Byli bardzo szczęśliwi. Rzadko się poważnie kłócili. Widząc ich, nigdy nie mogłem zrozumieć jak można być tak zakochanym.
Z Loganem siedzieliśmy do późna, rozmawiając i grając na konsoli. Chłopak został na noc jak za dawnych czasów, kiedy to wracaliśmy pijani z klubów i dyskotek.
Rano obudził nas telefon Logana. Spaliśmy na kanapie i zanim znaleźliśmy jego komórkę, ta przestała dzwonić. Zaspany zacząłem ziewać, a Logan cicho zaklął.
-Co jest?- spytałem.
-Janette dzwoniła...
-No to co?
-...12 razy. Cholera! Zapomniałem jej powiedzieć, że do ciebie jadę, a potem przesiedzieliśmy całą noc...
-Przecież jesteś wolnym człowiekiem, dlaczego masz się jej tłumaczyć? Nie rozumiem cię.
-Mike- zaczął Logan, kręcąc przy tym głową.- Nie chodzi o to, że mi nie wolno wyjść. Po prostu, skoro z nią mieszkam, to ma prawo wiedzieć, jeśli nie wrócę na noc. Dziewczyny lubią się niepotrzebnie zamartwiać.
-Bezsensu.
-Jak zamieszkasz z dziewczyną to zrozumiesz.
-Nie to jest bezsensu. Bezsensu jest takie zamartwianie się- westchnąłem.
Po chwili zabrałem się z kanapy i poczłapałem do kuchni. Włączyłem ekspres do kawy i naszykowałem dwa kubki. Czekając na gorącą porcję kofeiny usiadłem na jednym ze stołków barowych przy blacie.
-Mike, pożyczysz mi jakieś ciuchy, co?- zapytał Logan, wchodząc do kuchni.
-Jasne- mruknąłem w odpowiedzi. Co moje to i twoje- pomyślałem. Byliśmy jak bracia.
Popijając kawę zerknąłem na duży zegar na ścianie. Dochodziła dziewiąta. Przez okno do pomieszczenia wpadały jasne promienie słońca- zapowiadał się miły dzień.
Tak.
Zapowiadał.

sobota, 19 lipca 2014

Note 14

"Nic o mnie nie wiesz i tylko patrzysz na mnie z boku."


Nie mogłem nad sobą zapanować. Zacisnąłem szczękę i skupiłem się na równomiernym oddychaniu. Kipiałem gniewem. Czułem się oszukany.
-Mike, spokojnie- Amy próbowała nade mną zapanować.
-Przyjaciele się nie całują- warknąłem. W odpowiedzi dziewczyna zmrużyła oczy wysyłając mi w ten sposób niemą groźbę. Nie była jednak zbyt przekonująca.- Nie traktuj mnie jak byle smarkacza!
Zapadła cisza, którą zagłuszały jedynie ciche dźwięki wydobywające się z głośników.
Patrząc na nią myślałem tylko o tym, że byłem nią zaślepiony. A ona to wykorzystała w perfidny sposób.
-Nigdy nie byliśmy razem- krzyknęła. Po raz pierwszy w życiu widziałem w czyichś oczach taki lęk zmieszany z odrazą. Wiedziała, gdzieś tam w środku wiedziała, że mam rację.
-Prawie ci wyznałem miłość!
-Mówiłam ci, jesteś głupi, jeśli wierzysz w taką miłość!
-Jaką "taką"?!
Miałem dość. Czy ona właśnie próbowała zwalić wszystko na mnie?
-Nie znasz mnie! Ja nie znam ciebie! Nic nas nie łączy, a to że opowiedziałeś mi kilka historii z twojego życia nie oznacza, że mam o tobie wyrobioną opinię. Nie wiesz jak jest u mnie i nie wiesz jakie mam problemy. NIC O MNIE NIE WIESZ!- Przy tym ostatnim wrzasnęła jak nigdy. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Nigdy wcześniej nie widziałem jej tak rozwścieczonej.
Nagle drzwi do jej pokoju otworzyły się i stanęła w nich Sarah. Oczy miała zamknięte, a jej usta wykrzywiały się w złośliwym uśmieszku.
-Spuście z tonu, gołąbeczki. Słychać was na kilometr, zwłaszcza ciebie Amy- siostra zwróciła głowę ku zapłakanej dziewczynie, jednak z powodu ślepoty nie mogła zobaczyć jej łez.
-Nie ma problemu, właśnie wychodziłem- wyszeptałem.- Do widzenia.


* * *

Jechałem jak wariat. Wyprzedzałem każdy samochód, który jechał przede mną. Wiatr smagał mi boleśnie twarz i włosy. Nie myślałem już o niczym. Ani o bólu. Ani o gniewie. Ani o Amy. Liczyła się tylko ta prędkość. Co jakiś czas jakiś kierowca zatrąbił na mnie wściekle, ale w odpowiedzi tylko wyciągnąłem środkowy palec. Miałem wszystko gdzieś. Jechałem coraz szybciej i szybciej. Po chwili prędkościomierz wskazywał ponad 160km/h. Z niedowierzaniem puknąłem w szybkę panelu i wtedy straciłem panowanie nad samochodem. Autem zarzuciło najpierw w lewo, potem w prawo, a potem bok samochodu uderzył o latarnię.
-Kurwa mać!- rzuciłem.
Poczułem jak z czoła spływa mi ciepła, szkarłatna strużka. Spojrzałem w lusterko. Jakimś cudem rozciąłem sobie tylko skórę na czole. Potrząsnąłem głową. Nie byłem w stanie dalej prowadzić. Westchnąłem.
Wokół nie było nikogo. Spróbowałem otworzyć drzwi, ale były wgniecione do środka uniemożliwiając otwarcia ich. Znów zakląłem.
Przecisnąłem się na fotel pasażera i użyłem jego drzwi. Nieco chwiejnym krokiem wydostałem się z pojazdu. Jednym spojrzeniem oceniłem straty- niewielkie. Uszkodziłem przednią połowę kabrioletu, no i oczywiście latarnię. Wyjąłem telefon, modląc się o ratunek ze strony najlepszego przyjaciela.
Odebrał po trzecim sygnale.
-Logan, musisz mi pomóc- powiedziałem. Głos miałem dziwny, ale tłumaczyłem to sobie odniesionymi obrażeniami. Czoło piekło, a w uszach mi piszczało.
-Ostatnio dzwonisz, tylko jak coś się dzieje. Powiedz, że tym razem masz problem, bo nie masy się z kim napić- westchnął.
-Blisko. Rozpierdoliłem samochód.
-Co, kurwa?!
Opowiedziałem mu w skrócie, że byłem u Amy (pominąłem naszą jakże ciekawą dyskusję), i że przywaliłem w latarnię uliczną. Na koniec Logan pomarudził, że będę mu winny do końca życia, bla bla bla.
Przyjechał po jakimś kwadransie, a ja prosiłem tylko w duchu, by nikt nie zauważył, mojego auta, ani szkód miejskich.
-No nieźle- skomentował mój przyjaciel, spoglądając na samochód.
-Dzięki, że przyjechałeś- powiedziałem i poklepałem go po ramieniu. Był jedyną osobą, na której mogłem polegać. Bez względu na czas i okoliczności, zawsze był gotów mi pomóc. Był moim jedynym przyjacielem.
Jakiś czas później znaleźliśmy się w moim garażu. Logy szukał w szafce apteczki, a ja siedziałem na podłodze oparty o zimną ścianę. Myślałem o tym, co powiedziała mi Amy. Uważała, że jej nie znam- co w sumie nie mijało się z prawdą. Tak po prawdzie to nie wiedziałem nawet ile ma lat! Pewnie miała rację. Jak mógłbym pokochać kogoś kogo nie znałem, nawet w najmniejszym stopniu? Byłem głupi.
Tylko za późno się o tym przekonałem.

wtorek, 8 lipca 2014

Note 13

"Tak bardzo za tobą tęskniłem.
Rozbijałem świat na kawałki, szukając ciebie. Nie zamierzałem przestać, dopóki cię nie znajdę.
Tyle dla mnie znaczysz. Potrzebuję cię."


-Proszę- usłyszałem głos słodki jak miód.
Z westchnieniem popchnąłem drzwi i zobaczyłem Amy pośrodku jednego z najcudowniejszych pokojów na świecie. Był to jeden z tych, jakie widuje się tylko w katalogach salonów meblowych. Dwie ściany pomalowane były na biało, a dwie na blado różowy kolor. Podłoga wyłożona jasnymi panelami połyskiwała w świetle słonecznego dnia. Duże okno na jednej ze ścian było otwarte, a bielutkie firanki lekko powiewały. Naprzeciwko okna stało podwójne łóżko, na którym leżała góra poduszek i książek, zaś nad łóżkiem wisiały okrągłe lampki oraz cała masa zdjęć.
-Hej- odezwała się Amy z podłogi. Jej głos zwrócił moją uwagę i skupiłem się na niej.
Miała na sobie parę rurek i sportowy podkoszulek... Wyglądała normalnie. W zasadzie to nie wiem czego się spodziewałem- nigdy wcześniej nie widziałem jej wystrojonej, a jednak myślałem, że może dzisiaj...
-Cześć- powiedziałem i zamknąłem drzwi. Amy uśmiechała się od ucha do ucha.
-I co? Żadnych problemów z dojazdem?
-Nie, a dlaczego? Nie jestem jakiś głupi- burknąłem.
-Przecież nic takiego nie powiedziałam- mruknęła, podnosząc się. Podeszła do biurka i usiadła przy nim.- Siadaj- wskazała na krzesło obok.
Wyjęła z kieszeni telefon i podłączyła go do wysokich głośników, z których po chwili zaczęła wydobywać się głośna muzyka.
-Słuchasz takich rzeczy?- spytałem z niekłamanym zdziwieniem. Po melodii rozpoznałem jeden ze starych kawałków The Hooters.
-No, a co w tym dziwnego?- zaśmiała się. Jej oczy błyszczały.- Jak chcesz to włączę coś innego.
-Nie. Jest w porządku. Po prostu...
-Nie spodziewałeś się, że mogę słuchać czegoś takiego- dokończyła za mnie.- "Johnny B." jest stary jak świat, ale taka muzyka się nie starzeje. Uwierz.
-Wiem, coś o tym- powiedziałem, uśmiechając się trochę.- Słuchasz czegoś, prócz rock'a?
-No jasne, lubię też pop. Zdarza się też, że wpadnie mi do ucha coś innego, ale to nie za często.
I rozmawialiśmy tak przez jakąś godzinę, aż Amy nie zboczyła na inny temat.
-Mike, a jak się czujesz? W sensie chodzi mi o twoje uzależnienie...
-Nie mówmy o tym. Nie teraz.
-A kiedy?- nalegała. Starała się mi pomóc, ale ja nie dawałem jej na to szansy.
-Nie teraz- warknąłem.
W pokoju zapadła głucha cisza. Zorientowałem się, że muzyka ucichła i było tylko słychać nasze oddechy. Mierzyliśmy się na spojrzenia. Jej nieskalany błękit przeciwko mojej głębokiej ciemności.
Wierzyłem, że nie ma szans. I wiecie co? Nie miała.
-Okej, odpuszczam- szepnęła. Jej palce szybkim ruchem włączyły nową piosenkę z telefonu. Tym razem była to cicha ballada, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Wyświetlacz zdradził tylko tytuł- "Worldwide".
-Myślałam, że mi ufasz- wyszeptała, odwracając wzrok.
-Ufam ci. Bezgranicznie- wypaliłem. Była to szczera prawda.
-Więc w czym problem, Mike? Jako twoja przyjaciółka mam prawo wiedzieć.
-Przyjaciółka?- warknąłem. Mogliśmy mówić sobie tyle rzeczy. Ufać sobie. Spędzać razem czas. Nawet się od czasu do czasu pocałować. I ona to nazywała przyjaźnią?!- Cholera jasna!
-Mike, uspokój się. Proszę cię.
___________________________________________________________________

Rozdział krótkawy, ale to na początek chyba wystarczy. :) Buziaki ;*

poniedziałek, 7 lipca 2014

Wznawiam bloga

Hey.
Mam przyjemność przypomnieć Wam (jakbyście mogli jakimś cudem zapomnieć), że są wakacje, dlatego postanowiłam wskrzesić tego bloga. :)
Historia ta sama- wracamy do uroczej Amy i zbuntowanego Mike. <3
Nabrałam motywacji i weny, a także masy nowych pomysłów (fuck yeah), dzięki czemu mam nadzieję nie będzie nudno.
Pozdrawiam,
                         




Bella ;*
PS tak musiałam dodać to zdjęcie xD <3

wtorek, 3 czerwca 2014

Zawieszam Bloga

Moi mili.
Wiem, że jest Was trochę, chociaż się za wiele nie udzielacie (hahaha), dlatego informuję Was o przerwie. Nie wiem na jak długo, ale muszę na jakiś czas rozstać się z tym blogiem. Jestem przekonana, że tu wrócę, bo ta historia utkwiła mi w pamięci. Wybaczcie mi, jednak z pewnych przyczyn zawieszam bloga i tyle. Prawdopodobnie powrócę w wakacje, choć to nie potwierdzone.
W razie wszelkich pytań cały czas jestem dostępna o TUTAJ.
Buziaki :*

Bella


piątek, 30 maja 2014

Note 12

"Wiem, że nadejdzie ten dzień, w którym spełni się mój sen, w którym będzie znowu tak, jakby narodził się świat. Na nowo będę kraść twych oczu jasny blask. Na nowo będę ci upiększać każdą z chwil."


Siedziałem przy stole w kuchni i słuchałem radia. Zapowiadano właśnie słoneczną pogodę. Dochodziła jedenasta, więc musiałem się zbierać. Amy zaprosiła mnie na dwunastą, a jej dom znajdował się spory kawałek od mojego. Dopiłem kawę i wyszedłem do garażu. Po krótkiej chwili wyjechałem na ulicę. Było całkiem ciepło, ale bez przesady. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Po około godzinie jazdy samochodem dojechałem na miejsce. Moim oczom ukazał się niewielki domek. Westchnąłem i wysiadłem z auta. Było tu bardzo spokojnie, ciszej niż na przykład na mojej dzielnicy. Podszedłem do białego płotu i otworzyłem furtkę.
Nie wiedziałem czego się spodziewać
Leciutko zapukałem do drzwi. Z nerwów przygryzłem dolną wargę. Po chwili, która wydawała się być wiecznością drzwi uchyliły się, a stanęła w nich starsza kobieta. Na pierwszy rzut oka miała około 30, może 40 lat.
-Dzień dobry- powiedziała, uśmiechając się. Miała krótkie, sterczące włosy i zielone oczy.
-Czy tu nie mieszka Amy Forbs?- wypaliłem. Zdawało mi się, trafiłem pod dobry adres.
-Ależ mieszka- zaśmiała się.- Ty pewnie jesteś Mike, wejdź.
Oszołomiony wszedłem do środka.
-Jestem mamą Amy- wyjaśniła. I wtedy zobaczyłem to wrodzone podobieństwo. Identyczny kolor włosów, figura i blada cera. To musiała być jej matka.
-Aa rozumiem- bąknąłem. Zrobiło mi się trochę głupio. 
Rozejrzałem się. Byliśmy w ciasnawym pokoiku. Ściany pomalowane były na niebiesko, a na każdej z nich stały szafki z butami i wieszakami. Szybko zsunąłem z kostek buty i spojrzałem na mamę Amy. 
-Chodź, Amy jest u siebie- powiedziała i przepuściła mnie w drzwiach.- Jej pokój jest tam- wskazała mi drogę.
Szedłem wzdłuż ściany, na której wisiało wiele pięknych obrazów, których nigdy bym sobie nawet nie wyobraził. Szedłem tak i szedłem, aż natrafiłem na  jakieś drzwi. Bez wahania złapałem za klamkę. Podłoga była tu wyłożona jasnym drewnem. Pod ścianą z wielkim oknem siedziała dziewczyna z gitarą. Miała zamknięte oczy, a na ramieniu leżał warkocz.
-Ktoś ty?- zapytała. Rozpoznałem w niej siostrę Amy- Sarah.
-Mike.
-Przyjaciel Amy- powiedziała, sarkastycznie podkreślając słowo "przyjaciel". Wydawała się byś wredna.
-Jakiś problem?- odparłem.
-Ty nim jesteś. Wchodzisz do mojego pokoju, jak do siebie. I co? Najpierw robisz jakąś aferę, bo pomyliłeś mnie z siostrą, a teraz wchodzisz i robisz problemy.
Uświadomiłem sobie, że Sarah miała rację. Odwalałem jakieś cyrki, teatrzyki, a potem przychodziłem do jej domu, jak gdyby nigdy nic. I to do JEJ pokoju, gdzie z pewnością nie byłem mile widziany.
-Słuchaj, ja po prostu pomyliłem pokoje i tyle. Nic do ciebie nie mam, a tamto... No, to było zwykłe nieporozumienie.
-Wyjazd- powiedziała.
Westchnąłem i cicho wyszedłem z pokoju. Byłem na siebie zły, że tak zacząłem tę znajomość. Sarah była siostrą Amy i nie mogłem sobie pozwolić na spory z nią.
Podszedłem do drzwi naprzeciwko i tym razem cichutko zapukałem.

sobota, 17 maja 2014

Note 11

Kto jest mądry?
Nie szkoła, która niszczy wyobraźnię.
Nie poeci, którzy tworzą swoje wiersze.
Nie muzycy, którzy którzy grają pod publikę.
Ale garstka ludzi, co głoszą jeszcze prawdę...

Długo myślałem nad słowami Amy. Twierdziła, że miłość to głupota? Nie potrafiłem zrozumieć, o co dokładnie jej chodziło. Może chciała w ten sposób pokazać mi, że nie mam u niej szans?
Wyjąłem z kieszeni paczkę fajek, ale ku mojemu zdziwieniu okazała się pusta. Wściekły rzuciłem nią o ścianę. Nie paliłem od dobrych dwóch dni i zwolna trafiał mnie szlak. Zgrzytając zębami ubrałem się i wyszedłem do najbliższego sklepu.
* * *
Stałem w kolejce do jedynej w sklepie kasy. W ręku trzymałem dwa opakowania papierosów i butelkę piwa. Z głośników w suficie wydobywała się cicha muzyka w stylu disco. Nienawidziłem utworów tego typu. Przybliżyłem się do kasy o kilka kroków, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Tym kimś była Ignes.
-Mike?- spytała, przyglądając mi się krzywo.
-Cześć- mruknąłem. Ignes była na końcu mojej listy ludzi, których chciałem teraz widzieć.
-Logan, zwalniał cię z pracy, ale tłumaczył to chorobą. Nie spodziewałam się cię tu spotkać- powiedziała zaczepnie, a po chwili jej wzrok utkwił na moim opatrunku.
-Nie jestem teraz zdolny do pracy. Nic więcej nie musisz wiedzieć.
Zapłaciłem kasjerce i wyszedłem ze sklepu. Siąpił deszcz, więc naciągnąłem ba głowę kaptur. Po chwili usłyszałem jakiś głośny stukot. Zaciekawiony odwróciłem się, to moja była biegła na na szpilkach.
-Zaczekaj!- krzyknęła, ale ja już szedłem w swoją stronę. Panował mrok, bo latarnie jeszcze się nie włączyły. Do tego deszcz przybrał na sile.
-Mike!- wrzasnęła jeszcze raz Ignes, jednak ja już nie zareagowałem. Skupiłem się na drodze przed siebie.
Kiedy wszedłem do domu, byłem kompletnie przemoczony. Włosy poprzyklejały mi się do czoła, a ubrania tworzyły jakby drugą skórę. Ściągnąłem koszulkę i buty, i zabrałem się do łazienki. Trzęsłem się z zimna, dlatego wziąłem gorący prysznic.
Kiedy wróciłem do sypialni rzuciłem się na łóżko i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer Amy. Odebrała po drugim sygnale.
-Hej.
-Siemka, co tam?- jej głos brzmiał słodko jak miód. Brakowało mi go, choć słyszałem go zaledwie kilka godzin wcześniej.
-Amy, mógłbym cię jutro odwiedzić?
-Jasne. Już ci podaję adres- powiedziała, a ja uśmiechnąłem się pod nosem.
Idąc spać, po raz kolejny przypomniałem sobie słowa tej dziewczyny. Może i byłem głupi, ale czułem, że to właśnie jest miłość.

poniedziałek, 12 maja 2014

Note 10

Miłość. To nie poranek, kiedy budzisz się obok idealnej połówki. To nie człowiek, przy którym czujesz się kochany i bezpieczny. Prawdziwa miłość to nie związek idealny, bo taki nie istnieje, ale pełen kłótni i godzenia, łez i uśmiechów. To uczucie, które dodaje nam odwagi do poświęcenia się dla drugiej osoby. To coś, czego nie mierzy się po sile, lecz po czasie czasie trwania. Bo miłość jest jak wojna, łatwo ją zacząć, ale nigdy nie kończy się ostatecznie.
"Miłość nie leci z kranu jak woda, nie możesz jej odkręcać i zakręcać kiedy tylko zechcesz."
~Stephen King

Siedzieliśmy z Amy w kuchni i rozmawialiśmy. Opowiedziałem jej o porannej wizycie policjantów i o tym co znaleźli.
-Ale nie jesteś narkomanem, prawda?- zapytała. Spoglądała na mnie z nadzieją w oczach. Bardzo chciała, abym był lepszym, niż na to wskazywało.
-Przecież już o to pytałaś. Nie jestem ćpunem, po prostu czasem mnie ponosi i popełniam błędy- wyznałem. Czułem się dość skrępowany, tłumacząc jej to wszystko. Pocieszałem się myślą, że przynajmniej jestem z nią szczery.
Słysząc moją odpowiedź, Amy uśmiechnęła się lekko i usiadła na blacie. Jej stopy nie dosięgały podłogi, przez co wyglądała jak dziecko.
-Zmienisz się?
-Nie wiem...- powiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
-A chciałbyś?
-Amy, to nie takie proste- westchnąłem. Nie była w stanie nawet sobie wyobrazić jak to było być mną. Z jednej strony, nie byłem uzależniony, z drugiej, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że spadłem na dno. Nie widziałem swojej przyszłości. Zamiast niej, była tylko ciemna pustka.
-Mike?
-Chciałbym, ale brakuje mi motywacji.
-To ja nią będę- uśmiechnęła się tak słodko, że coś we mnie drgnęło. Rzeczywiście, Amy była w stanie mi pomóc. Nie umiałem tego wyjaśnić, jednak odgrywała ona ważną rolę w moim życiu. Potrzebowałem jej.
Podszedłem bliżej. Nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Delikatnie musnąłem ustami jej policzek. Była taka lekka, taka krucha.
-Mike- szepnęła. Oparłem głowę o jej czoło i westchnąłem.
Między nami była malusieńka granica, którą Amy sobie wyznaczyła. Mogliśmy rozmawiać o wszystkim, ufać sobie bezgranicznie, ale te granice dotyczyły raczej mojego zachowania. Nie była pierwszą lepszą laską, którą zabierało się na jedną noc. Nie była "łatwa".
Godziłem się na jej zasady z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mógłbym zrobić niczego wbrew jej woli, a po drugie, nie pragnąłem tylko zabrać jej do łóżka. Coś co łączyło mnie z Amy było silniejsze i ważniejsze.
Uśmiechnąłem się do niej. Jej oczy lśniły. Patrzyliśmy tak na siebie, aż coś mnie oświeciło. Przeraziłem się.
Co jeśli się zakochałem? Logan na początku swojego związku z Janette, mówił tylko o niej. Gadał jaka to ona wspaniała, idealna. Miłość...
-Chyba się w tobie zakochałem- wyszeptałem.
-Głupi jesteś- odpowiedziała, patrząc na mnie poważnie.
-Co?
-Miłość jest dla głupich. Po prostu.
-Dlaczego?- spytałem. Nigdy prawdziwie nie kochałem, więc nie wiedziałem o czym mówiła.
-Miłość to wyzwanie. Ona rani i uszczęśliwia. Jest skarbem i przekleństwem.
-Nie rozumiem.
-Nie rzucaj słów na wiatr, i tyle.
Po czym wyszła bez słowa.
__________________________________________________________________

Rozdział krótki z braku czasu. Postaram się kolejną napisać jak najszybciej.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Note 9

Jedna chwila może zadecydować o całym życiu, ale czy można nazwać ją piękną w obliczu ciągłego bólu? Jeden moment, jedna decyzja i nieodwracalne zmiany zaraz dają o sobie znać. Tylko czy to dobre zmiany? Czy można dzielić chwile na dobre i złe?
"Chwila, która trwa może być najlepszą z twoich chwil..."

Pod dwóch dniach wypisałem się ze szpitala, na własne żądanie. Co prawda wciąż czułem się osłabiony, ale miałem dość cogodzinnych wizyt psychiatrów i psychologów, którzy tylko czekali, aż znowu zrobię coś głupiego. Tak, głupiego, bo uświadomiłem sobie jakim idiotą byłem próbując odebrać sobie życie. Zrozumiałem to widząc, że potrafię jeszcze być szczęśliwy. A moim szczęściem była Amy. Wspierała mnie przez cały czas i dodawała sił. Chociaż, od naszego pocałunku niewiele się zmieniło, czułem, że w końcu czego dokonałem.
Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi.
-Otwarte- zawołałem. Domyślałem się, że to Logan lub Amy. Oboje mnie odwiedzali. Wiedziałem, że mogę na nich liczyć.
Pukanie, jednak nasiliło się, a po chwili przeobraziło w walenie w drzwi. Z westchnieniem podniosłem się z kanapy i poszedłem otworzyć. Kiedy uchyliłem drzwi zobaczyłem dwóch wysokich policjantów. Zatkało mnie.
-Dzień dobry- powiedział jeden z nich. Wyglądał na znudzonego swoją pracą, chociaż głos miał całkowicie poważny.- Czy możemy porozmawiać z panem Michael'em Pierrcem?
-To ja- powiedziałem marszcząc czoło. Byłem skołowany. Nic nie przeskrobałem... chyba.
-Ekhm... Możemy wejść do środka?- powiedział cicho drugi. Wydawał się unikać mojego wzroku. Nic z tego nie rozumiałem.
-Ale o co chodzi?
-Proszę pana, sprawa dotyczy przede wszystkim pana próby samobójczej- powiedział mundurowy, podkreślając zwrot "przede wszystkim".
-Przecież, tłumaczyłem wszystko w szpitalu. Nie mam nic więcej do powiedzenia w tym temacie.
-Panie Pierrce, naprawdę chce pan rozmawiać w drzwiach?
-Ja w ogóle nie chcę z panami rozmawiać. Dziękuję. Do widzenia- warknąłem i spróbowałem zatrzasnąć drzwi, lecz jeden z policjantów (ten znudzony) przytrzymał je nogą.
-Powiem wprost, medycy znaleźli u pana w domu narkotyki. Jeżeli nie chce pan rozmawiać z nami we własnym mieszkaniu, to możemy załatwić to na komendzie, tak jak to robimy zazwyczaj. Tylko ze względu na pana ostatni wyskok robimy wyjątek.
Poczułem jakby ktoś uderzył mnie w tył głowy. Tylko tego mi brakowało- kolejnych kłopotów z prawem.
-To jak, wpuści nas pan?- uśmiechnął się ten drugi. Szach.
Zrezygnowany cofnąłem się do pokoju w towarzystwie dwóch mundurowych. Usiadłem na kanapie i wyłączyłem telewizor, z którego do tej pory odzywała się jakaś reporterka. Postanowiłem grać w otwarte karty i nie wciskać im bajeczek, że nie wiem o czym mówią.
-A więc? Co teraz?- spytałem, choć po prawdzie znałem kolej rzeczy. Prokurator. Dochodzenie. Zeznania. Sprawa. I kara. Właśnie, kara, tylko jaka?
-Na początek chcielibyśmy wyjaśnić skąd u pana takie ilości morfiny?
-Cierpię na bóle migrenowe. Na każdy z leków, jakie znajdziecie w moim domu, miałem receptę.
-A co tu znajdziemy oprócz morfiny?
-Zapewne tego typu środki przeciwbólowe. Powiem otwarcie, nie posiadam żadnych ziółek i tak dalej. Mam tylko leki z apteki.
Policjanci rozmawiali ze mną przez jakąś godzinę. Było dość spokojnie. Niestety, potem przerwał nam dzwonek do drzwi.
-Pójdę otworzyć...-powiedziałem zirytowany. Nie był to najlepszy moment na gości.
Uchyliłem drzwi i zobaczyłem Amy. Miała na sobie przezroczysty sweterek i dżinsowe szorty. Uśmiechała się delikatnie.
-Hej- powiedziała i cmoknęła mnie w policzek.
-Amy...- zacząłem. Nie potrafiłem niewpuścić jej do środka, ale nie mogłem pozwolić, aby była świadkiem mojej rozmowy z komisarzami.
-Stało się coś?- zapytała. Chyba czytała mi w myślach.- Mike?
-Jestem trochę zajęty...
-Wyglądasz jakbyś chciał i nie chciał za razem mi czegoś powiedzieć.
-Chodź, wejdź. Tylko będziesz musiała chwilę zaczekać- poddałem się.
Zaprowadziłem ją do kuchni i poprosiłem, żeby poczekała na mnie w ciszy. Sam wróciłem do policjantów.
-Możemy kontynuować.
-A więc, panie Pierrce mamy propozycję. Mianowicie, nie zgłosimy sprawy do prokuratury.
-Skąd taka decyzja?- zdziwiłem się. Z jednej strony moje rzeczowe argumenty mogły ich przekonać, z drugiej to nie od nich zależało czy coś zgłoszą, czy nie.
-Znamy pana historię. W końcu ma pan u nas swoją kartotekę- odpowiedział mi jeden z mężczyzn. Zatkało mnie. Z powodu mojej "ciekawej" przeszłości postanowili mi odpuścić?
-I tyle?
-Niezupełnie- uśmiechnął się drugi z nich.- Jest i druga strona medalu. Będzie pan zobowiązany do kilku rzeczy. To jest, pozbycia się wszystkich leków, których pan już nie przyjmuje i zmiany swojego stylu życia.
-Nie do końca rozumiem.
-Musi pan się pilnować. Jedno przewinienie i koniec.
Po chwili skończyliśmy naszą rozmowę i odprowadziłem policjantów do drzwi. Z westchnieniem i pustką w głowie wróciłem do kuchni, do Amy. Stała na palcach i szperała po szafkach najwyraźniej czegoś szukając.
-Co ty wyrabiasz?- spytałem, jednocześnie powstrzymując się od przekleństw. Normalnie bluźniłem bez oporów, jednak w towarzystwie Amy musiałem się pilnować. Oczywiście ona nie raz była zmuszona mnie upominać.
-Mów gdzie to masz.
-Co gdzie mam?
-Cały ten syf- wypaliła nie przerywając swoich poszukiwań. Była zła.
Złapałem ją za rękę i spojrzałem w oczy.
-Amy, to moja sprawa- szepnąłem.
-A właśnie, że nie!- krzyknęła.- Moja też! Nie pozwolę ci zmarnować sobie życia.
Jej oczy płonęły.
Przejechałem dłonią po jej policzku, ale odsunęła się.
-Masz mi to wszystko wytłumaczyć. Teraz. Zaraz.
Nie wiedziałem co robić. Powinna była wiedzieć, ale i nie powinna. To był inny świat. Gorszy. Którego częścią się stałem. Nie chciałem wciągać jej w to bagno, zwłaszcza, że wiedziałem jak to mogło się skończyć. Ona była dobra- ja nie.
-Nie mogę.
-Nie ufasz mi?- wyszeptała. Przyglądała mi się ze smutkiem. Pewnie się na mnie zawiodła.
Mimo, że znałem ją tak krótko to ufałem jej całkowicie. Była miła, szczera i bił od niej blask. Nie wiem, jak można by jej nie zaufać.
-Nie bądź niemądra, Amy. Ufam ci. Tylko... te sprawy są niebezpieczne. Nie wciągnę cię w to.
-Cholera jasna! Nie zgrywaj twardziela- powiedziała i wtedy zauważyłem coś błyszczącego na jej policzku. Przyglądanie się temu było dla mnie udręką. Doprowadziłem ją do płaczu, aż tak ją zraniłem.
Wolnym gestem starłem jej łzy i objąłem w talii. Tym razem jej reakcja była inna, przytuliła się do mnie, jakby próbując się schować. Przycisnąłem jej głowę do mojej piersi i uśmiechnąłem się. Nie była niska, ale ja byłem wyższy.
-Mike, jesteś dla mnie bardzo ważny- szepnęła wtulona. Była taka bezbronna, słodka i urocza. Jak mały aniołek.
-Ty dla mnie jeszcze ważniejsza.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Note 7

"Chłopiec już nigdy więcej nie płakał i nigdy nie zapomniał tego, czego się nauczył: że kochać to niszczyć i że być kochanym to znaczy być zniszczonym."
~Jace, Miasto Kości

Jechałem tak szybko, jak tylko pozwalał na to mój samochód. Z pewnością przekroczyłem dozwoloną prędkość, jednak nie zawracałem sobie tym głowy. Liczyło się tylko to uczucie. Uczucie, które raniło i zostawiało w ustach gorzki smak. Zdrada.
Marzyłem, by okazało się, że śnię. Modliłem się, aby to był zwykły koszmar. Niestety, nic na to nie wskazywało. To była niemiła rzeczywistość z którą musiałem się zmierzyć.
Zaparkowałem z piskiem opon, w jednym z moich ulubionych miejsc. Była to dzika plaża, pełna wysokich krzaków. Usiadłem na piasku i schowałem twarz w dłoniach. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zachciało mi się płakać. Do czego to doszło, pomyślałem, żeby jakaś dziewczyna doprowadzała mnie do łez. Odrzuciłem głowę do tyłu i zaczerpnąłem powietrza. Było takie świeże... Do tego słońce przyjemnie grzało.
Jego jasne promienie odbijały się w błękitnej wręcz wodzie. Te jasne promienie skojarzyły mi się z cudownymi blond włosami Amy, które bajecznie kołysały się na wietrze. I jej uroczy uśmiech, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy na tym pieprzonym murku...
Dlaczego ona mi to zrobiła?
Naprawdę nic jej nie obchodziłem?
Czułem się jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Albo gorzej.
I wtedy podjąłem najgłupszą decyzję, jaką kiedykolwiek w życiu podjąłem.
Postanowiłem zakończyć to wszystko.
Wstałem i rzuciłem się biegiem do samochodu. W moich żyłach płynęła adrenalina od nadmiaru kłębiących się emocji. Wiedziałem, że moje postanowienie pojawiło się zbyt szybko i było bardzo lekkomyślne. Tylko, co miałem do stracenia? Od zawsze byłem sam, zdany wyłącznie na los. Nikt mnie nie chciał i nie potrzebował. Dotychczas jakoś sobie z tym radziłem, pogodziłem się z tym, lecz to było zanim poznałem kogoś takiego jak Amy. Ona była inna. Wyjątkowa. Myślałem, że chce mi pomóc. Zaufaełem jej.
W mgnieniu oka znalazłem się we własnym domu. Nie zaprzątałem sobie głowy takimi błahostkami, jak choćby zamknięcie bramy garażu. Śpieszno mi było zniknąć.
Pędem wparowałem do łazienki i wszedłem do wanny. Siedząc, przeciągnąłem przez głowę T-shirt i rzuciłem go gdzieś na podłogę. Z tylnej kieszeni dżinsów wyjąłem telefon. Otworzyłem jego tylną klapkę i wydostałem ze środka baterię, pod którą była niewielka żyletka. Wziąłem głęboki oddech i wyjąłem ją z obudowy telefonu, który po chwili również znalazł się na podłodze. Właśnie ta żyletka była pamiątką z czasów zakładu poprawczego. Wtedy miałem problemy sam ze sobą i miała ona ze mną zostać do końca, jednak los przygotował dla mnie inny scenariusz. Drżącą dłonią zbliżyłem lśniący przedmiot do wewnętrznej strony przedramienia. Przymknąłem powieki i przycisnąłem żyletkę do żyły.

* * *

Nagle, zamiast wody dookoła wszędzie była czerwona, lepka ciecz, a na podłodze leżała zakrwawiona żyletka, która jeszcze pięć minut temu była wbijana w moje ręce. Nastała pustka. Nie pamiętam dokładnie co się wokół mnie działo. Ktoś płakał, ktoś próbował mnie wynieść. Wszystko wirowało i się rozmazywało. Potem dostałem w twarz i na moment rozjaśniło mi się w głowie. Wszędzie, dosłownie wszędzie była krew. Moja krew. Nade mną stał Logan, który starał się mnie podnieść. Za nim stała przerażona Janette z telefonem w ręku. Była zalana łzami. W uszach mi piszczało. Chłopak zdawał się coś do mnie mówić, ale nic nie słyszałem. Ten przeszywający dźwięk, zagłuszał wszystko. Chciałem zaczerpnąć powietrza, lecz zacząłem się dusić. Uderzyła mnie fala okropnego zapachu. Jakby mieszanina soli i rdzy. Zrobiło mi się niesamowicie duszno, zacząłem się krztusić. Z daleka jakby usłyszałem wycie syren. Z wolno zaczęły docierać do mnie najróżniejsze odgłosy. Janette krzyczała do komórki, żeby ktoś się pospieszył. Logan mówił spokojnie, a jednak podniesionym głosem, że mam się skupić, ale nie docierało do mnie na czym. Grzebał coś przy moich rękach, co dawało dziwne uczucie. Po chwili jakichś dwóch mężczyzn wbiegło do łazienki. Ktoś otworzył na oścież okno i drzwi. Miejsce Logana zajął facet w czerwonym płaszczu. Inny zaczął świecić mi miniaturową latareczką po oczach. Nie wiedziałem co się dzieje i o co tyle zamieszania.
Zaraz potem zasnąłem.
Kiedy otworzyłem oczy byłem w karetce. Leżałem na metalowych noszach, przypięty pasami bezpieczeństwa.
-Co się tu dzieje?- zapytałem. W głowie miałem zamęt. Nic nie trzymało się kupy. Nie potrafiłem zebrać myśli i przypomnieć sobie, co tak właściwie się wydarzyło.
-Może ty mi łaskawie wyjaśnisz- burknął Logy. Dopiero teraz go zauważyłem. Siedział w kącie, a twarz miał poszarzałą. Wydawał się być wykończony.
-Hę?
-Przyjechałem z Janette, żeby pogadać. Jak znalazłeś samochód i te sprawy. Garaż był otwarty, dom tak samo. Szukaliśmy cię i wtedy Janette weszła do toalety...- przerażony spuścił głowę.- Co ci do głowy strzeliło, debilu.
I wtedy zacząłem uświadamiać sobie co się stało. A stało się wiele, bo w końcu chciałem odejść...
W szpitalu nafaszerowali mnie jakimiś usypiaczami, po których zupełnie otępiałem i sam nie wiem kiedy usnąłem. Mogłem nareszcie odpocząć.

środa, 9 kwietnia 2014

Note 8

"Czas przemija nawet wtedy, kiedy wydaje się to niemożliwe. Nawet wtedy, kiedy rytmiczne drganie wskazówki sekundowej zegara wywołuje pulsujący ból. Czas przemija nierówno- raz rwie przed siebie, to znów niemiłosiernie się dłuży- ale mimo to przemija. Nawet mnie to dotyczy."
~Bella, "Księżyc w nowiu"


Kiedy leżałem nieprzytomny, podświadomie czułem przy sobie czyjąś obecność. Nie słyszałem nic, a jednak wiedziałem, że ktoś przy mnie jest. Otworzyłem oczy i wtedy zobaczyłem jej twarz. Amy wpatrywała się we mnie z troską. Westchnąłem.
-Obudziłam cię? Przepraszam- powiedziała cicho. Ręką pogłaskała mnie po policzku. Tym gestem zbiła mnie z tropu.
-Co ty tu robisz?- wychrypiałem. Dopóki się nie odezwałem nie czułem jak bardzo chciało mi się pić.
-Ohh, przywiozłam tu moją siostrę na badania kontrolne, bo jest po wypadku. Przypadkiem widziałam jak wieźli cię na łóżku, więc postanowiłam dowiedzieć się, co się stało- powiedziała i podała mi plastikowy kubeczek z wodą.- Twój przyjaciel w skrócie opowiedział mi, co zrobiłeś.
-Co ty tu robisz?- powtórzyłem wściekły. Nie chciałem jej tu widzieć, po tym jak się zachowała. To ona była powodem moich problemów.
-Nie rozumiem... Mam sobie iść?- wydawała się być zdziwiona. Widać miała talent aktorski.
-Po co tu przyszłaś do cholery?! Po tym co odegrałaś w poniedziałek, nie wiem po co jeszcze udajesz nie wiadomo kogo?! Co ty sobie myślisz w ogóle?!- wybuchłem. Mimo, że moje pytania brzmiały dość retorycznie, to szczerze pragnąłem poznać na nie odpowiedzi.
-Co ja ci zrobiłam?
-Jesteś niemożliwa!
-Oświeć mnie- powiedziała hardo, choć jej oczy były dowodem na to, że moje słowa ją raniły.
-Mówiłem ci wszystko, zaufałem ci. A ty potraktowałaś mnie jak obcego człowieka. Ha! Gorzej, jak śmiecia. I wiesz dlaczego to zrobiłem?- wskazałem na moje obandażowane ręce.- Bo mi zależało! A ty zachowałaś się jak ostatnia szmata.
Dziewczyna nie wytrzymała. Spodziewałem się, że przyłoży mi w twarz, ale ona tylko popatrzała na mnie z bólem w oczach, po czym z płaczem wybiegła z sali.
Zakląłem pod nosem. Dlaczego nie mogłem umrzeć? Świat zdawał się cieszyć moim cierpieniem.
Spojrzałem w stronę uchylonych drzwi. Na plastikowym krzesełku siedziała zapłakana Amy, a przy niej klęczał na jedym kolanie Logan. Prawdopodobnie ją pocieszał, bo w pewnej chwili się uśmiechnęła. Zaraz jednak musiałem odwrócić wzrok, bo mój kumpel podniósł się i wszedł do mojego pokoju.
- Powiesz mi co ty odpierdalasz?!- wypalił. Był wściekły to niedopowiedzenie.
-O co ci chodzi?
-Ta dziewczyna czuwała przy twoim łóżku od wczoraj. Gadała tylko i wyłącznie o tobie i jak się o ciebie martwi. Zostawiła siostrę, żeby móc tu posiedzieć. A ty zachowujesz się jak dupek.
-Chcesz wiedzieć, dlaczego podciąłem sobie te cholerne żyły?- zapytałem z sarkazmem.
-Wytłumacz mi- mruknął.
Usiadł obok mnie, a ja opowiedziałem mu o wszystkim. Jak poznałem Amy, jak jej się zwierzałem i jak po pracy ją spotkałem. Pod koniec Logan nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Podobnie jak ja nic nie rozumiał.
-Dałeś jej się w ogóle wytłumaczyć? Wiesz, ona twierdzi, że nie wie o czym ty mówisz. Rzekomo, tego dnia cię nie widziała. Jedyne co wtedy robiła to przywiozła siostrę do szpitala- powiedział.
- Nie wiem w co ona gra, ale wtedy pod studiem wyglądała jakby rzeczywiście mnie nie kojarzyła. Wiesz jak to cholernie zabolało?
-Ej, poczekaj. Ja ją tu zawołam i zaraz sobie wszystko wyjaśnicie. Gościu, nawet sobie nie wyobrażasz jak jej na tobie zależy- powiedział, kręcąc głową.
Logan podniósł się z wahaniem i wyszedł na korytarz. Spróbowałem opanować targające mną emocje. Mój przyjaciel miał rację, powinienem dać Amy się wytłumaczyć. Mimowolnie zacisnąłęm pięści, a w efekcie syknąłem z bólu. Zerknąłem na opatrunki. Powoli przesiąkały krwią. Co ja najlepszego zrobiłem...
-Hej- szepnęła Amy. Jej oczy unikały mojego spojrzenia.
-To ja was zostawię samych- powiedział Logan i wyszedł zatrzaskując drzwi.
-Przepraszam cię- powiedziałem do dziewczyny. Stała w nogach mojego łóżka i nic nie mówiła.- Chciałbym, żebyś coś mi wyjaśniła...
-Po co, skoro i tak mi nie uwierzysz?
-Daję ci się usprawiedliwić, bo sam nie wiem jak mam wyjaśnić to co się wydarzyło.
-Dzisiaj jest wtorek... Czyli chcesz wiedzieć co wczoraj robiłam, zgadza się?- zapytała. Wreszcie skierowała swoje spojrzenie na mnie. Jej wielkie, niebieskie oczy przepełnione były bezradnością.
-Wiem co robiłaś. Siedziałaś na murku pod studiem. Tam, gdzie widzieliśmy się po raz pierwszy.
-Nie- pokręciła głową.- Do południa byłam w mieście i załatwiałam swoje sprawy. Musiałam iść do sklepu i takie tam. To nieważne. Potem zawiozłam moją siostrę... Czekaj!- nagle szeroko się uśmiechnęła.- Jak wyglądała ta dziewczyna?
-Amy, to byłaś ty- mruknąłem. Drażniła mnie jej zabawa.
-Niech zgadnę miałam warkocz i ciemne okulary?
-Głupie pytanie. Pewnie, że miałaś- przewróciłem oczami. Moja cierpliwość stopniowo się kończyła.
-Głupku, to była moja siostra- zaśmiała się. Jej oczy rozbłysły, a twarz rozświetlił piękny uśmiech. Wydawała się taka szczęśliwa...
-Żartujesz sobie ze mnie?- wydusiłem. Nie przypuszczałem, że Amy może mieć siostrę.- Ale ona wyglądała jak ty...
-Jesteśmy bliźniaczkami- wyjaśniła, szczerząc się.
-No to mnie skasowałaś- wymamrotałem. Kto by przypuszczał, że ona może mieć bliźniaczkę? Nagle zrobiło mi się głupio. Wyszło na to, że to ja ją potraktowałem jak śmiecia, a te wyzwiska...- Jestem idiotą- skomentowałem.
-Nie obwiniaj się.
-Przepraszam, naprawdę przepraszam.
-Wybaczam ci, ale pod jednym warunkiem- powiedziała. Jej uśmiech był słodki jak miód.
Wpatrywała się we mnie przez chwilę, po czym usiadła obok mnie na łóżku. Złapała mnie za jedną z moich obandażowany dłoni i spytała: dlaczego?
Westchnąłem i wyrwałem rękę z jej uścisku. Spojrzałem w sufit, starając się unikać jej spojrzenie.
-Mike?
Spojrzałem jej głęboko w oczy, w te jej wielkie oczy otoczone wachlarzem rzęs i doszukałem się w nich jakiejś czułości.
-Bo zrozumiałem, że mi na tobie zależy- szepnąłem.- Myślałem, że... Pomyślałem sobie...- zabrakło mi słów.
-Że mam cię gdzieś?- dokończyła.
I mnie pocałowała.
Oto moje nadzieje ziściły się. Byłem szczęśliwy, oszołomiony i przerażony. Przede wszystkim przerażony, gdy uświadomiłem sobie, iż moje najdziksze marzenia nie odbiegały wcale tak daleko od rzeczywistości. To dlatego wszelkie zasady przestały się liczyć. To, co było dobre, a co złe nie miało już znaczenia. Lista moich priorytetów została ponownie uporządkowana tak, by zrobić miejsce na samym szczycie dla tej dziewczyny. Ja również nie byłem Amy obojętny.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Note 6

Strach. To naprawdę okropne uczucie, jednak czasami jest ono potrzebne, żeby uświadomić sobie coś na pozór oczywistego.
Strach, to uczucie towarzyszyło mi przez większość mojego życia. Od pewnego momentu zatruwało wszystko, niszczyło resztki szczęścia, wpędzało w paranoje. Lecz teraz to właśnie strach pozwolił mi przejrzeć na oczy. *


Siedziałem w salonie i piłem zimną już herbatę. Miała smak malin. Czułem się totalnie zagubiony.
Oto przed chwilą zwierzyłem się prawie, że obcej dziewczynie. No bo co o niej wiedziałem? Że jest piękna, słodka i ma na imię Amy. Wściekłem się sam na siebie. Najchętniej poszedłbym do baru się upić, niestety jutro trzeba było iść do pracy. Przejechałem dłonią po włosach, czy kiedykolwiek jeszcze ją zobaczę?
Rano uświadomiłem sobie, że nadal nie mam samochodu. Byłem w kropce. Co robić? Wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do Logana.
-Halo?- odezwał się zaspany chłopak.
-Siema, Logy. Słuchaj mam problem i potrzebuję twojej pomocy.
-Teraz?
-Nie, kurwa jutro- powiedziałem z przekąsem.- Sory, że cię obudziłem, ale potrzebuję podwózki do roboty.
-No, a sam nie możesz pojechać? Co ty odwalasz?- Nic nie rozumiał.
-Nie mam samochodu- burknąłem.
-Nie gadaj!- Logan wybuchł śmiechem.
-Weź przyjedź, proszę cię.
-Dobra, już jadę- powiedział, wciąż się śmiejąc.
Byłem zirytowany i wściekły zarazem. Stałem przed podjazdem do mojego domu, zerkając od czasu do czasu na zegarek. Spóźnienie do pracy groziło zetknięciem się z Ignes, a tej chciałem akurat unikać za wszelką cenę.
Nie minęło, jednak dziesięć minut, a pod moim domem pojawił się biały citroen.
Logan otworzył mi drzwi od strony pasażera i ruszyliśmy na piskach.
-Mike, wytłumacz mi jak to się stało, że nie masz auta?- powiedział mój przyjaciel, przybierając protekcjonalny ton głosu. Mój pech zdawał się wyłącznie go bawić.
-Sobota. Bar. I jakoś tak wyszło- wykrztusiłem.
Po chwili ciszy obaj zaczęliśmy się śmiać. Żaden z nas nie był w stanie przypomnieć sobie, co wyprawialiśmy tamtego dnia. Pozostawało to zagadką.
-Ja wylądowałem na izbie wytrzeźwień, a ty zgubiłeś samochód. No brawo. Janette, nigdzie mnie z tobą nie puści przez następny miesiąc- zażartował.
Logan spotykał się z Janette od półtora roku. Mieszkali razem i byli szczęśliwi.
-Bywa- powiedziałem.
Zaparkowaliśmy pod szklanym wieżowcem. Pożegnałem się z przyjacielem i wyszedłem z samochodu. Dzięki szaleńczemu stylowi jazdy mojego kompana, nie groziło mi już spóźnienie.
Wolnym krokiem wszedłem do budynku. Skinięciem głowy powitałem szefa ochrony i wszedłem do windy.
-Hej, Mike- powiedziała Ignes uśmiechając się promiennie. Miała na sobie dopasowaną, czerwoną sukienkę.
-Dzień dobry- odpowiedziałem i wcisnąłem guzik 8 piętra. Oparłem się o jedną ściankę windy, a Ignes o drugą. Mierzyliśmy się wzrokiem.
-Co robiłeś przez weekend?- odezwała się w pewnej chwili.
-Nie twoja sprawa. Daj mi wreszcie spokój, dziewczyno!
-Żebyś nie żałował- mruknęła i w tej samej chwili opuściła windę. Wziąłem głęboki wdech. Od dawna miałem dosyć jej zagrywek, ale po wczorajszych wydarzeniach uświadomiłem sobie, że teraz drażnią mnie one jeszcze bardziej. Czemu? Jeśli miałem być szczery, powodem była Amy. Nie znałem jej za dobrze, a jednak zawróciła mi w głowie. Ciągle nie wiem jak to się stało.
Wszedłem do swojej pracowni i zacząłem odpalać cały sprzęt.

* * *

Wybiła dwunasta. Przerwa na lunch. Zabrałem portfel i telefon, i wyszedłem ze studia. Przeszedłem przez szklane drzwi, a zaraz oślepił mnie jasny blask słońca. Skrzywiłem się i zakryłem oczy ręką. Normalnie założyłbym moje ulubione czarne okulary przeciwsłoneczne, jednak te zaginęły wraz z moim samochodem.
Udałem się do baru, który był całkiem niedaleki stąd. Dość często odwiedzałem go z Loganem.
Już miałem wchodzić do budynku, kiedy stanąłem jak wryty. Na małym parkingu przed barem stał czarny kabriolet, który wyglądał zupełnie jak mój. Bo to był mój kabriolet. Podszedłem do drzwiczek i pociągnąłem za klamkę. O dziwo, nie były one zamknięte, a jedynie zatrzaśnięte. Byłem w szoku. Jakim cudem mój samochód się tu znalazł? I dlaczego stał tu sobie otwarty jak gdyby nigdy nic? Usiadłem za kierownicą gdzie spotkała mnie kolejna niespodzianka- kluczyki były w stacyjce. Nagle szok ustąpił miejsca irytacji, co się działo tej nieszczęsnej soboty? Oparłem głowę o kierownicę i zamknąłem oczy. Czułem się, jakby ktoś wyrwał mi z życia jeden wieczór, którego byłem uczestnikiem. Bardzo chciałem przypomnieć sobie co wtedy wyprawiałem, głównie ze względu na Amy, którą wtedy poznałem. Niewątpliwie coś do niej czułem, ale nie byłem w stanie określić co to było. Ciekawiła mnie jej osoba. Pragnąłem ją poznać. Pragnąłem, aby ona poznała mnie. Nie umiałem tego nazwać.
Niespodziewanie zadzwonił mój telefon i samochód wypełnił śpiew Amy Lee, z zespołu Evanescence. Spojrzałem na ekran, dzwonił Logan.
-Hej- powiedziałem.
-Cześć, Mike. O której dzisiaj kończysz?- spytał Logy.
-Koło czternastej, a co? Stęskniłeś się?- uwielbiałem się z nim droczyć.
-W sumie to chyba nie, ale pomyślałem, że nie masz ochoty wracać do domu na piechotę, więc...
-Właśnie znalazłem samochód- przerwałem mu. Mój głos wciąż zdradzał, że jestem tym faktem tak jak i on zdziwiony.
-Jak to "znalazłeś"? Dopiero co mówiłeś... Eh, dobra nieważne- zaśmiał się nagle.
-Co ty wyrabiasz? Logan?
-Nic, nic. Janette właśnie wróciła z sesji. Ja kończę, nara- i się rozłączył.
Pokiwałem głową i wyszedłem do baru.

* * *

Wyszedłem ze studia około drugiej po południu. Słońce grzało jak nigdy, więc zdjąłem marynarkę. Przystanąłem obok samochodu, by zapalić papierosa, kiedy zobaczyłem Amy na tym samym murku co kiedyś. Z uśmiechem do niej podszedłem. Była odwrócona tyłem.
-Cześć- powiedziałem.
Dziewczyna przekręciła głowę, żeby na mnie spojrzeć. Na nosie miała ciemne okulary, nie wiem czy coś przez nie widziała.
-Do mnie mówisz?- odezwała się. Jej głos wydawał mi się nieco inny. Był podobny do głosu Amy, ale nie należał do niej.
-No raczej. To ja, Mike.
-Chyba mnie z kimś pomyliłeś- powiedziała zdezorientowana. Dłonią poprawiła niesforny kosmyk włosów, który wydostał się z misternie plecionego warkocza.
-Żartujesz sobie ze mnie czy co? Wczoraj tyle ci mówiłem, a dziś udajesz, że mnie nie znasz?!- byłem wściekły. Zabrakło mi słów. Jak po tym wszystkim mogła udawać, że pierwszy raz mnie widzi. Swoją drogą była świetną aktorką, ponieważ wyglądała na naprawdę zszokowaną.
-Przepraszam, ale nie wiem o czym mówisz. Serio.
-Amy, przestań!
-Mam na imię Sarah, ale Amy to...
-Dosyć!- warknąłem i ruszyłem w stronę mojego kabrioletu. Usiadłem za kierownicą i spuściłem dach. Kipiałem gniewem. Zachowanie dziewczyny tak wyprowadziło mnie z równowagi, że nawet nie zwróciłem uwagi, na to, że ktoś woła moje imię.
W tej właśnie chwili uświadomiłem sobie coś strasznego. Zależało mi na tej dziewczynie. Zawładnął mną strach, że nigdy więcej jej nie zobaczę i to właśnie ten strach uświadomił mi jakie uczucie mną kierowało.
Potrzebowałem Amy.

_________________________________________________________________

*Wstęp zaczerpnięty z serialu "Invisible" autorstwa TheLalola33 (https://www.youtube.com/user/TheLalola33/videos)

Note 5

Często myślę, dlaczego wszystko, zawsze obraca się przeciwko mnie. Bo sam sobie jestem winny. Niszczę się systematycznie, nie daję sobie żadnej szansy. Dokonuję okrutnego mordu na sobie. Ale mam nadzieję, że trafię do nieba. "Bo narkomani mają piekło na ziemi, czyściec przechodzą w momencie śmierci, cała trucizna uwalnia się w ostatnim oddechu. I potem mają swoją wymarzoną, wyczekaną i wyćpaną szczęśliwość."


-Brałeś coś- powiedziała.
-Pierdolisz- zaśmiałem się.
Amy raptownie się ode mnie odsunęła i ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedziałem co jej się stało.
-Jesteś narkomanem...-wyszeptała. Prychnąłem w odpowiedzi, na co dziewczyna podniosła wzrok.
-Jeszcze czego.
-Pokaż ręce.
Podniosłem rękawy koszulki i śmiało podałem dziewczynie ręce. Rozumiałem o co jej chodziło. Sprawdzała mi kanały.
-Masz zrosty, czyli w przeszłości ćpałeś i się ciąłeś- powiedziała, jakby sama do siebie.- Co ty z sobą zrobiłeś?
I nagle się rozpłakała. Po jej policzkach zaczęły spływać lśniące łzy. To było jak cios w plecy, dosłownie. Poczułem się jak ostatni chuj.
-Co cię to obchodzi? Jestem na dnie- stwierdziłem. Amy mnie nie znała, ale na oko można było powiedzieć, że jest moim przeciwieństwem. Wyglądała słodko, grzecznie i potulnie. Jej szczery uśmiech zapadał w pamięć. Dziecięce spojrzenie wzruszyłoby nawet człowieka z kamienia. A cała jej osoba zdawała się być mieszkańcem nieba, nie ziemi.
-Nie potrafię stać z boku i patrzeć jak wszyscy się staczają- wychlipiała przez łzy. Patrzenie na jej ból, było swego rodzaju karą. Wyglądała jak człowiek pozbawiony wszelkiej nadziei, co sprawiało mi wewnętrzne cierpienie.
-Przecież nic o mnie nie wiesz. Mnie nie warto ratować.
-Kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, wiedziałam, że muszę ci pomóc- szepnęła.- Proszę, opowiedz mi coś o sobie. Zrób to dla mnie.
-Dla ciebie? A kim ty właściwie jesteś?- zapytałem.
W pokoju zapanowała chwila ciszy. Mierzyliśmy się wzrokiem. Ja wygrałem.
-Nie wiem.
-Aniołem Stróżem.
A potem chyba zasnąłem.
Obudził mnie gwizdek czajnika i delikatny zapach owocowej herbaty. Otworzyłem oczy, półleżałem na kanapie. W kuchni stała jakaś dziewczyna i chyba parzyła sobie herbatę.
-Amy?- zapytałem.
Na dźwięk swojego imienia odwróciła się. Na jej twarzy malowała się jakby ulga i zmieszanie. Podeszła i ukucnęła przy mnie, przeszywając mnie wzrokiem.
-Jak się czujesz?
-Eeee- zastanowiłem się nad odpowiedzią. Głowa nie bolała, nie było mi jakoś specjalnie niedobrze, tylko miałem w głowie taką pustkę...- Zdaje się, że okey. Ale co ty tu kurwa robisz?
Westchnęła i pokręciła głową, po czym wróciła do kuchni, by przynieść dwa kubki herbaty. Postawiła je na szklanym stoliku, a ja się podniosłem. Sama, zajęła miejsce na białym fotelu i wpatrywała się we mnie uporczywie. To spojrzenie mnie dobijało. Było takie... Nie ma słów, by je opisać. Wprawiało mnie w poczucie winy. Czułem skruchę.
-Zacznijmy od początku- wyszeptała, przerywając przyjemną ciszę.
-Masz na imię Mike. Ile masz lat?
-Niedawno skończyłem dwadzieścia.
-Pracujesz?
-Jestem fotografem w jednym z największych studio modelingowych w Miami- uśmiechnąłem się kpiarsko.- Ciekawa robota, nie powiem. Robię zdjęcia różnym dziewczynom, ładnym i nie. I jeszcze dobrze płacą.
-Ah, tak- zamyśliła się.- Mieszkasz tu sam?
-Jak widać.
-Dlaczego?
-A co to, przesłuchanie?- wycedziłem przez zęby. Co to miało być? Ta laska zadawała mi jakieś chore pytania, w moim własnym domu. To nie miało w ogóle sensu.
-Tak jakby. Jak mam ci pomóc, to muszę coś o tobie wiedzieć.
-Nikt cię nie prosił o pomoc- warknąłem.
-Odpowiedz, dlaczego mieszkasz tu sam?- Wydawała się nie słyszeć tego, co do niej mówiłem. Ignorowała wszystko, co nie dotyczyło jej pytań.
-A z kim mam mieszkać? Jestem sam.
-Jak to sam? A przyjaciele, rodzina?
-Nie mam rodziny, po prostu. Jestem jedynakiem, a wychowałem się w poprawczaku, zadowolona?
-Co zrobiłeś, że tam trafiłeś?- drążyła. Spoglądała na mnie łagodnie, a jednak przeszywająco. W swoich drobnych dłoniach trzymała kubek z gorącym napojem.
-Czy to ważne?- jęknąłem.
-A żałujesz?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy żałuję tego co zrobiłem. Amy była pierwszą, która zadała mi to pytanie. W myślach cofnąłem się do czasów dzieciństwa. Miałem sześć lat, kiedy po raz pierwszy zostałem sam. Musiałem sobie jakoś radzić. W wieku dwunastu lat poznałem, czym jest ulica i jak wygląda toczące się na niej życie. Byłem "dzieckiem ulicy". Smarkaczem, którego nikt nie chciał. Porządni ludzie na mój widok brali swoje pociechy na ręce, aby uchronić je przed takim losem.
-Mike?
-Ja tego nie chciałem, przecież to nie moja wina- szepnąłem.
-Mike, co ty zrobiłeś?- Amy usiadła obok mnie na kanapie i chwyciła za rękę.
-Wiesz co to znaczy być "forever alone"?- powiedziałem, ukrywając twarz w dłoniach. Wstydziłem się swojej przeszłości i tego kim się stałem. Niestety, nie potrafiłem tego zmienić.
-Amy, moja matka, ona była dosyć mądra. Zaraz jak mnie urodziła, uciekła nie wiadomo gdzie. Miałem tylko ojca, który nie był przygotowany na coś takiego. Kompletnie sobie nie radził, ale nie ma go za co winić. Jak miał mnie samemu wychować, skoro miał tylko szesnaście lat? No jak? Oddał mnie pod opiekę swoim rodzicom, którzy, no cóż, znienawidzili mnie od pierwszej chwili.
-Nie do wiary- cicho skomentowała Amy.
-Dorastałem u boku mojego jedynego przyjaciela, Logana, który też nie miał lekko. Mieszkał z matką alkoholiczką, która sprowadzała do domu jakiś fagasów- prychnąłem.
Wspomnienia te były smutne, lecz nie tak bolesne jak kiedyś. Pogodziłem się z faktem, że nie dane mi było cieszyć się beztroskim dorastaniem.
-Kiedy skończyłem sześć lat, Alex, bo tak miał na imię mój ojciec, wyjechał na studia. I wtedy zaczęło się piekło. Dziadkowie uciekli... Zostawili mnie pewnej nocy w łóżku, a sami wyjechali. Bóg jeden wie gdzie! Po prostu mnie zostawili. A ja byłem tylko małym chłopcem. Dorastałem samotnie, mając jedynie Logana, któremu zawdzięczam wszystko. Dawał jedzenie i inne błahostki, ale ile tak mogło być? Trzeba było płacić rachunki i te sprawy. Zabrano mnie do domu dziecka, a jakiś czas później dołączył do mnie Logan. Przecież u niego w domu też było piekło. Razem dzieliliśmy sypialnię i szkolną ławkę. Byliśmy jak bracia
-A twój tata? Nie wrócił?
-Pewnego dnia Alex przyjechał. Dzień przed moimi dwunastymi urodzinami. Nienawidziłem go, uważałem, że to wszystko jego wina. Krzyczałem i chyba nawet go uderzyłem- pokręciłem głową. Dlaczego jej to wszystko opowiadałem? To było niedorzeczne.- Sprawiałem sporo problemów. Dusza buntownicza, podobno po matce- powiedziałem uśmiechając się łobuzersko.
-A dlaczego przyjechał akurat wtedy?- spytała Amy. W jej niebieskich oczach lśniły łzy. Wydawała się być poruszona moją historią.
-Twierdził, że nie wiedział, iż trafiłem do sierocińca. Mówił, że wrócił ze studiów i chciał się mną zająć. Nie wierzyłem mu. Powiedziałem, że nie chcę go znać. Tej nocy uciekłem. Posmakowałem złudnej "wolności". Ulica przyjęła mnie ciepło. Jacyś bezdomni na plaży robili sobie ognisko, więc do nich podszedłem. Dali mi jeść i okazali troskę. Wytłumaczyli, że jestem za młody, by iść w ich ślady, że jeszcze będą ze mnie ludzie. Poczułem, że wolę tych bezdomnych od mojego ojca. Rankiem, wróciłem do "domu".
-Miałeś trudne dzieciństwo.
-Nikt chyba nie ma lekko. Ale pewnie chcesz wiedzieć za co mnie zamknęli, prawda?
-Sama nie wiem, zwątpiłam.
-Kiedyś ci powiem- obiecałem.
Siedziała obok mnie, patrząc w podłogę. Przejechałem dłonią po jej policzku.
-Zrobiło się późno, lepiej już pójdę- szepnęła, po pewnym czasie. Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie, który wskazywał dziewiątą.
-A może zostaniesz?
-Muszę, już wracać- powiedziała i podniosła się z kanapy.
Odprowadziłem ją pod drzwi i spojrzałem nieśmiało w jej oczy.
-Dziękuję ci- mruknąłem.
W odpowiedzi pocałowała mnie w policzek i szybkim krokiem wyszła.
Zostawiła mnie zaszokowanego z setką pytań bez odpowiedzi.


____________________________________________________________________

Witajcie kochani. <3
Przepraszam, za tę przerwę ale postaram się poprawić. Notki zamierzam wstawiać średnio raz w tygodniu, ale nie wiem jak to wyjdzie. Ktoś mi ostatnio powiedział, że mam się nie dziwić, że brakuje mi czytelników skoro nie publikuję na czas. Dziękuję Ci bardzo mocno, bo to był właśnie kop, którego potrzebowałam. Buziaki dla wszystkich. Do usłyszenia. ;*
byBellaaa

niedziela, 16 marca 2014

Note 4

Zastanawiałeś się kiedyś czym jest ludzka pamięć? Pięknym skarbem czy mrocznym przekleństwem? Pamięć jest jak skrzynia, w której chowamy wszystkie wspomnienia, i te złe, i te dobre. Pierwsza miłość i pierwsze rozstanie. Każdy krok naprzód i każdy krok w tył.
Moja pamięć nie ma dna. Codziennie przypomina mi o moich błędach, których już nigdy nie dane mi będzie cofnąć...


Obudziłem się w samo południe, słońce wlewało się strumieniami do mojej sypialni. Usiadłem na skraju łóżka bezradnie próbując sobie przypomnieć zdarzenia minionej nocy. Niestety, w głowie miałem pustkę, a do tego męczył mnie kac. Poszedłem do łazienki i wyjąłem z szafeczki za lustrem aspirynę. Łyknąłem dwie tabletki i wziąłem prysznic. Wróciłem do sypialni, po czym ubrałem się w świeże ciuchy.
Nagle zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu pokazało się zdjęcie Janette.
-Halo?- powiedziałem.
-Mike, gdzie jesteś?
-Ja? W domu, a gdzie mam być.
-Nie wiem, Logan na przykład wylądował wczoraj na izbie wytrzeźwień.
-Żartujesz- zaśmiałem się. Czyli nie tylko ja wczoraj przegiąłem.
-Nie, Mike. Dzwonię, bo nie wiedziałam czy z tobą wszystko okey. Powiedz, co wyście wczoraj robili? Logan nie odbierał telefonu.
-Sam nie wiem. Dużo wypiliśmy- stwierdziłem ze śmiechem. Nie potrafiłem opanować rozbawienia. Mój kumpel wylądował na izbie. Bawiło mnie to na maksa.
-Tego mogłam się domyślić. Idioci- mruknęła Janette i się rozłączyła.
Odłożyłem telefon i zaparzyłem sobie herbaty. Głowa niemiłosiernie bolała. Usiadłem w salonie i zapaliłem papierosa. Nie wiedziałem co mam z sobą zrobić. Nie chciało mi się nigdzie iść, ale nie miałem też ochoty na siedzenie w domu. Spróbowałem po raz kolejny przypomnieć sobie co robiłem tej nocy. Pamiętam, że przyszedł do mnie Logan i chciał mnie chyba gdzieś wyciągnąć...
Moje rozmyślania przerwał nagły przypływ głodu. Najzwyczajniej w świecie zaczęło burczeć mi w brzuchu, dlatego założyłem buty i wyszedłem z domu. Chciałem zjeść coś na mieście, ale kiedy wszedłem do garażu, okazało się, że nie ma tam mojego samochodu. Zdezorientowany przejechałem dłonią po włosach. Co się wczoraj działo? Mój kac bynajmniej nie pomagał w znalezieniu odpowiedzi na to pytanie.
Siedziałem w tym pustym garażu jakiś czas, aż w końcu coś sobie przypomniałem. Coś, albo raczej kogoś.
Amy.
Zamknąłem oczy i spróbowałem w myślach przywrócić kilka wczorajszych wspomnień. Amy, ona miała rolki... I chciała mi pomóc, bo byłem pijany. Moja głowa bolała jak nigdy wcześniej. Wróciłem do domu i wyjąłem z szafki morfinę. Była w domu, bo od czasu do czasu lubiłem sobie zaćpać. Narkomanem nie byłem, chociaż byłem blisko takiego końca. Pierwszy zastrzyk zrobiła mi jakaś laska, której imienia nawet nie pamiętam. To było tak dawno temu... Wtedy wierzyłem, że daje mi szczęście, ale ona już wtedy wiedziała, że mnie zabija. I cieszyła się, że kiedyś nie będzie umierać sama. Ale ja nie skończyłem jak ona. Potrafiłem się w porę opanować. Teraz, ćpam "sportowo".
Wstrzyknąłem sobie majki i usiadłem na kanapie. Ulżyło mi. Włączyłem telewizor i nastawiłem na jakiś kanał muzyczny. Tak naprawdę to nie zwracałem nawet uwagi na to, co się wokół działo. Miałem wszystko w dupie. Sam nie wiem dokładnie kiedy, jednak w którejś chwili usnąłem...
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Zerwałem się z kanapy i rzuciłem do drzwi. Otworzyłem je i nie wierząc własnym oczom zobaczyłem uśmiechniętą dziewczynę. To była Amy.
-Hej, przyszłam sprawdzić jak się czujesz- powiedziała. Jej głos był słodki i delikatny, wręcz nieśmiały.
-Okey, to jak już tu jesteś to może wejdziesz do środka?- zaproponowałem.
-Sama nie wiem... Pewnie ci przeszkadzam.
-Nie pieprz głupot, wchodź- powiedziałem, a dziewczyna weszła. Jej blond włosy lekko poruszały się na wietrze. Miała na sobie błękitną sukienkę bez ramion. Wyglądała pięknie.
Zaprowadziłem ją do salonu i usiedliśmy przy szklanym stoliku. Przez chwilę gapiłem się na nią bezmyślnie, kiedy zapytała:
-Dobrze się czujesz?
-Mhmm- mruknąłem, kiwając bezwiednie głową.
Amy zbliżyła się do mnie i spojrzała mi głęboko w oczy. Jej własne były wielkie i szkliste, jak dwa kryształowe stawy.
-Brałeś coś.

piątek, 7 marca 2014

Note 3

"Pamiętasz, obiecałem ci, że przyjdą dla nas lepsze dni. Na życie znaleźć dobry plan, w którym zaczniesz znów się śmiać. Złe chwile schowam gdzieś na dnie, straconych szans zapomnę smak. Do tamtych wspomnień zgubię klucz, żeby nie wróciły już."

Ledwo stałem, przyglądając się zaskoczonej blondynce. Jej mała twarzyczka wyrażała zakłopotanie. Prychnąłem.
-Przepraszam...- zaczęła.
Wybuchłem nieopanowanym śmiechem i cofnąłem się o jakieś dwa kroki.
-Pijany- mruknęła.
-Wcale nie- bąknąłem. Prawda była taka, że byłem kompletnie pijany i nie wiedziałem co robię. W uszach mi szumiało, a widok przyćmiewały jasne plamy. Nie wiem jakim cudem trzymałem się na nogach...
Dziewczyna przyjrzała mi się dokładnie i jakby zmarkotniała, jednak pewności nie miałem, w końcu byłem nieźle wypity. Ale jej oczy... Jakby przepełnione bezradnością, współczuciem i zmartwieniem. Dawno nie spotkałem takiego spojrzenia. Zwykle ludzie, jeśli już na mnie patrzeli to byli wściekli, zlęknieni, albo ręce im opadały. Niewiele osób potrafiło na mnie patrzeć jak ta piękna nieznajoma.
Nagle dziwnie się poczułem... Zrobiło mi się wstyd i chciałem się poprawić, a nawet "zdobyć" tego anioła.
-Sorry, muszę iść po samochód- powiedziałem i ruszyłem w stronę parkingu. Kto wie, może puściłaby mnie, ale po jednym kroku zachwiałem się i gdyby mnie nie przytrzymała, uderzyłbym twarzą o chodnik.
-Że co?!- krzyknęła. Zaśmiałem się, była taka urocza. Po chwili westchnęła i zapytała- Gdzie mieszkasz?
-Co kurwa?- śmiałem się jak dzieciak. Usiadłem na chodniku, żeby nie zaliczyć gleby. Było mi tak wesoło....
-Nie przeklinaj. Pytam gdzie mieszkasz. Mam zamiar cię odprowadzić.
-Za co taka nagroda?
-Albo sobie coś zrobisz, albo komuś innemu. Tak czy siak, nie pójdziesz sam.
Spojrzałem na nią i pokiwałem głową. Usiadła obok mnie i ściągnęła swoje rolki, po czym schowała je do szarego plecaka, z którego wyjęła podniszczone trampki. Po chwili kombinacji przy sznurówkach dziewczyna podniosła się i spojrzała na mnie.
-Chodźmy już, tylko powiedz mi dokąd.
-Taki ładny szklany domek blisko plaży- wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Podniosłem się i przejechałem dłonią po włosach.
-Okey, jakoś sobie poradzimy- szepnęła do siebie.- A przy okazji, mam na imię Amy- uśmiechnęła się.
-A ja Mike- wymamrotałem. Już nie migało mi przed oczami, jednak byłem senny i miałem kłopoty z mówieniem.
-Dobrze wiedzieć- powiedziała i zaśmiała się, podchodząc do mnie powoli.
Otoczyłem ją ramieniem i ruszyliśmy wolnym krokiem w stronę mojego auta.
-Skoro nie mogę prowadzić...
-Nie ma mowy- przerwała mi.
-To może ty poprowadzisz? Jestem w stanie ci zaufać- znów się zaśmiałem. Niemal pół tamtej nocy prześmiałem.
-Nie mam prawa jazdy.
-No i?
-Nie mam zamiaru prowadzić samochodu, skoro nie potrafię.
-Śmieszne.
-Wcale.
Szliśmy dalej śmiejąc się jak dzieci, jednak Amy wyglądała na normalną, a ja jak ćpun.
-Widziałem cię dziś.
-Prawda. Czekałam na taksówkę, a ty zabijałeś swoje płuca.
-Co ty pierdolisz.
-Mówiłam ci, masz nie bluźnić. Przynajmniej nie w moim towarzystwie.
-Sorry.
-Nie uznaję słowa "sorry". Czekam na szczere przepraszam.
-Przepraszam- powiedziałem, szczerze. Nie mam pojęcia dlaczego tak się stało, jednak w jednej chwili dostałem wyrzutów sumienia. Nie chciałem sprawiać jej zawodu.
-W porządku- uśmiechnęła się. W słabym świetle latarni ulicznych wyglądała jak mały aniołek, o którego trzeba się zatroszczyć. I mimo wypitego alkoholu całkiem świadomie zapragnąłem się nią zaopiekować.
-Jesteś taka piękna...
-A już myślałam, że trzeźwiejesz- westchnęła.
Szliśmy tak rozmawiając o niczym, no bo o czym można rozmawiać z pijanym fotografem o buntowniczym charakterze?
-Mike, dochodzimy do plaży, gdzie ten twój dom?- spytała w pewnej chwili.
-Jeszcze kawałek, naprawdę.
Po kilku minutach staliśmy już pod drzwiami frontowymi. Marzyłem tylko o odrobinie snu, była jakaś trzecia, może czwarta nad ranem. Do tego w mojej krwi wciąż znajdowały się resztki alkoholu, więc potrzeba snu była wręcz nieodparta.
-Myślę, że dalej już sobie poradzisz- powiedziała Amy patrząc na mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczami. Oczami dziecka, które nic jeszcze nie wie o świecie.
-A zobaczymy się jeszcze?
-Jeśli chcesz, to mogę przyjść po południu.
-Okey. Dzięki- powiedziałem i wyjąłem z kieszeni klucze.
Dziewczyna odeszła z lekkim uśmiechem na ustach, a ja wszedłem do domu. Rzuciłem się na łóżko, jeszcze w butach.
W moich snach trzymałem w ramionach małego, niewinnego aniołka, o którym wiedziałem tylko tyle, że ma na imię Amy...

środa, 26 lutego 2014

Note 2

Żyć chwilą. Piękne, prawda?
Nie, kiedy twoje życie jest puste jak moje. Myślisz wtedy tylko o sobie. Robisz wszystko co złe, nie obchodzą cię żadne konsekwencje, a twój świat kończy się na codziennych imprezach.
Ale są i dobre strony takiego życia. W każdej chwili możesz spotkać kogoś tak wyjątkowego i niepowtarzalnego jak gwiazda na niebie. Kogoś, kto może wywrócić twoje życie do góry nogami. Kogoś, kto pomoże ci wrócić na TĘ drogę...

Siedziałem w garażu i słuchałem radia, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem Logana, mojego kumpla od kołyski.
-Siema, stary!- przywitał się i wszedł do środka.
Usiedliśmy w salonie, po czym zapaliłem papierosa. Nie wiedziałem po co Logan przyszedł, dlatego spytałem.
-Co jest?
-Po staremu. Przyszedłem cię w końcu stąd wyciągnąć, no bo kiedy ostatnio gdzieś razem wyszliśmy?
-Niech pomyślę... Mamy piątek, więc pewnie koło niedzieli.
-No właśnie- zaśmiał się. Jego ciemne loki plątały mu się po twarzy.
Wypaliłem fajkę i wyszedłem do kuchni.
-Chcesz coś do picia?- zapytałem, wyjmując z szafki szklanki.
-Napić to my się możemy w klubie.
Nalałem sobie wody i pociągnąłem łyk. Na dworze zrobiło się gorąco.
-Dobra, przebiorę się i możemy iść.
-Ekstra, to czekam- powiedział i wrócił do salonu.
Wszedłem na piętro, do sypialni. Wyjąłem z szafy parę spranych dżinsów, czarny T-shirt i marynarkę, po czym odwiedziłem łazienkę. Założyłem wybrane ciuchy i spojrzałem w lustro. Wyglądałem nieźle, więc zszedłem na dół, do Logana.
-Stary, jestem gotowy. Chodź już- zawołałem.
-No, no, no- skomentował.
-Logan, zamknij mordę.
-Nie unoś się tak- wybuchł śmiechem chłopak.
Wyszliśmy do garażu i zajęliśmy miejsca w moim samochodzie. Spuściłem dach, a ze schowka wyjąłem ciemne okulary przeciwsłoneczne.
Ruszyliśmy. Jechałem dość szybko, nawet jak na mnie. Wskazówka szybkościomierza przekroczyła 100km/h i w mgnieniu oka znaleźliśmy się pod klubem "FREEDOM"
Wszedliśmy do środka, gdzie oślepiły nas jaskrawe światełka. Było sporo ludzi, ale nie tłumy. Dochodziła siódma. Zajęliśmy miejsca przy barze, przy którym stała seksowna barmanka.
-Co dla was, chłopcy?- zapytała.
-Ja coś lekkiego na początek-powiedział Logan, puszczając do dziewczyny perskie oko. Ta w odpowiedzi zaśmiała się tylko i zaczęła mieszać drinka.- Mike, wszystko gra?- zwrócił się do mnie.
-Niby tak, ale wkurwiła mnie dziś Ignes- przewróciłem oczami. Wcześniej nieźle się wkurzyłem, ale teraz prawie mi przeszło. Prawie.
-Znowu się do ciebie kleiła?- wykrztusił Logan, ledwie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Nigdy nie lubił Ignes, wręcz przeciwnie. Nabijał się z niej, nawet  wtedy kiedy jeszcze się z nią spotykałem. Irytowały go jej charakter, reakcje i... wszystko.
Barmanka podała mu żółtawy napój, którego od razu spróbował.
-Per-fect- skomentował.
Zaśmiałem się, a chłopak zabrał szklankę i wyszedł na parkiet. Przyglądałem mu się przez chwilę, a zaraz potem zamówiłem Bronx'a. Słuchałem laski za barem, która paplała o wszystkim i o niczym. Gdy moja szklanka zrobiła się pusta, poprosiłem o dolewkę. I następną, i następną.
Tak się upiłem, że kiedy wstałem od baru o mało się nie przewróciłem. Ledwo trzymałem się na nogach.
Wszedłem do strefy tanecznej, gdzie ogłuszyła mnie donośna muzyka. Wszystko wokół wirowało, a ja czułem się jak dziecko od nadmiaru cukru we krwi. Szukałem Logana, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć. W sali panował mrok, poza tym wszędzie unosił się duszący dym. Próbowałem przekrzyczeć cały ten hałas i zlokalizować mojego kumpla, lecz okazało się to niemożliwe. Rozejrzałem się. Zewsząd otaczali mnie ludzie. Jakiś chłoptaś obmacywał swoją laskę, gdzieś dalej całowały się całkiem zalane małolaty. Nie mogłem jasno myśleć, jednak postanowiłem wyjść z lokalu. Chwiejnym krokiem ruszyłem ku wyjściu. Przepychałem się pomiędzy spoconymi klubowiczami, niestety w pewnej chwili zwątpiłem gdzie idę. Widziałem jak przez mgłę, wszystko się rozmazywało. Ktoś szarpnął mnie za ramię i poczułem przypływ tępego bólu.
Nagle znalazłem się naprzeciwko wielkich, metalowych drzwi, które jak wiedziałem z doświadczenia prowadziły do tylnego wyjścia. Powoli ruszyłem w interesującym mnie kierunku, potykając się o własne stopy. Byłem o krok od celu, ale jakiś grubas zaczął skakać w rytm nowej melodii, przez co mnie przewrócił. Leżałem oparty o murowaną ścianę, a w uszach mi szumiało. Niepowinienem był tyle wypić. Kręciło mi się w głowie, przez co nie miałem sił, by się podnieść.
Na szczęście ciężkie drzwi nie były do końca zamknięte i poczułem jak ocuca mnie chłodne powietrze. Zaczerpnąłem powietrza i aż się zaksztusiłem. Zamrugałem kilkakrotnie, a świadomość zaczęła do mnie wracać. Po chwili wstałem i przez nikogo niezauważony wyszedłem na zewnątrz.
Uderzyła mnie fala świeżego powietrza i ciszy. Spojrzałem w niebo, było tak zachmurzone, że nawet księżyc nie świecił. Noce w Miami są gorące, zwłaszcza o tej porze roku, ale różnica między dworem, a klubem była drastyczna. Przejechałem dłonią po włosach, robiłem to zawsze wtedy, kiedy się denerwowałem, lub czułem zdezorientowany, jak teraz.
Chwiejnym krokiem poszedłem na parking samochodowy, gdzie stał mój kabriolet. Prawie nic nie widziałem, tak byłem pijany. I pewnie dlatego nie zauważyłem tej dziewczyny na rolkach...
Szedłem przed siebie nie zważając na zamęt w mojej głowie, gdy ktoś we mnie uderzył. Była to niewysoka dziewczyna w różowej bluzie, a na nogach miała rolki. Mimo ilości wypitego przeze mnie alkocholu poznałem ją od razu. To była ta dziewczyna, którą widziałem wcześniej.

środa, 12 lutego 2014

Note 1

Znasz to uczucie, gdy dostajesz coś na co nigdy nie zasłużyłeś?
Bo ja właśnie tak.
Od zawsze byłem tylko zepsutym dzieciakiem, który za wiele sobie wyobrażał. Uważałem się za "twardziela", wielkiego buntownika. A w rzeczywistości byłem tylko zadufanym w sobie dupkiem. Nigdy nie zmienię się dla miłości- myślałem. Jakże się myliłem, nim się spostrzegłem zakochałem się .
Dostałem swojego własnego anioła...


Wybiła godzina trzynasta. Znajdowałem się w jednym z największych studio modelingowych w Miami, gdzie pracowałem jako fotograf. Właśnie kończyłem sesję mojej ulubionej modelki, gdy do pracowni weszła Ignes, moja była i szefowa zarazem.
-Hej Mike- powiedziała, przesadnie się uśmiechając. Mimo naszego dawnego rozstania, ona wciąż próbowała mnie uwieść.
-Ignes, poczekaj zaraz kończę.
-Wiem, wiem. Nie przeszkadzaj sobie, ja mam czas.- Usiadła na krzesełku obok szklanego stolika, a ja wróciłem do pracy.
Robiłem kolejne zdjęcia modelce, jednak ani ona, ani ja nie mogliśmy się już skupić z powodu krępującej obecności Ignes. Janette, bo tam miała na imię dziewczyna spojrzała na mnie błagalnie. Od razy zrozumiałem.
-Dobra, na dziś kończymy- powiedziałem, uśmiechając się pod nosem.
-Dziękuję- szepnęła Janette i puściła do mnie oko. Zaśmiałem się, przez co Ignes się wtrąciła.
-Co cię tak bawi?
-Nic, nic- powiedziałem z trudem się opanowując.
Zarumieniona Janette spojrzała nieśmiało na szefową i wykrztusiła tylko cichutkie dowidzenia, a mnie rzuciła zwykłe cześć, po czym wyszła do garderoby.
Zabrałem się za pakowanie sprzętu, kiedy usłyszałem piskliwy głos Ignes:
-Nie powinieneś przyjaźnić się z tą dziewczyną. Mieszasz obowiązki zawodowe z towarzyskimi.
-Nie przesadzaj, jest w porządku, a poza tym spotyka się z moim najlepszym przyjacielem.
-Pamiętam czasy, gdy to ze mną się "spotykałeś".
-Ignes, daj spokój. Rozstaliśmy się w zgodzie i niech tak zostanie.
-Może wyjdziemy dziś na jakąś kolację, albo do klubu, co ty na to?
Westchnąłem i pokręciłem głową. Miałem nadzieję, że mamy to za sobą, jednak do niej nic nie docierało. Tłumaczyłem jej kilkadziesiąt razy, że nigdy nie zapomnę tego jak bardzo mnie zraniła. Do dziś jej nie wybaczyłem...
-Dziewczyno, zrozum, że czasu nie cofniesz! Zdradziłaś mnie do cholery!- wrzasnąłem i wyszedłem z sali. Byłem wściekły. Po prostu kipiałem gniewem. Wcisnąłem przycisk windy i zjechałem na parter. Nie obchodziło mnie czy Ignes było przykro, czy nie. Wyszedłem z budynku i oparłem się o betonową ścianę, zapalając papierosa.
I wtedy ją zobaczyłem...
Jakaś dziewczyna siedziała na rozpadającym się murku i ogrzewała się w jasnych promieniach słońca. Oczy miała zamknięte, a usta układały się w uroczy uśmiech. Patrząc na nią poczułem się nieco spokojniejszy. Miała na sobie jasne dżinsy, bluzę i podniszczone trampki, a jej blond włosy upięte były wysoko. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili porównałem ją do anioła. Nie mam pojęcia czemu... Wydawała się taka delikatna, niewinna, może nawet szczęśliwa. W pewnej chwili nieznajoma otworzyła oczy i spotkała moje spojrzenie. Pośpiesznie wypaliłem papierosa i udałem się w stronę parkingu, słysząc za sobą słodki śmiech dziewczyny.

wtorek, 11 lutego 2014

Prolog

Kiedyś żyłem zupełnie inaczej...
Nie miałem przed sobą żadnego celu. Mój świat był ciemny i pusty- bezsensowny.
Płomykiem, który rozjaśnił ciemność w moim sercu była Amy. Była płomykiem, który pomagał mi iść naprzód. Płomykiem, który zgasł równie szybko, jak zapłonął...
Pamiętam jakby to było wczoraj...
Wyszedłem na papierosa i wtedy ją zobaczyłem. Siedziała wygodnie za rozpadającym się murku i jakby promieniała w słońcu. Jej piękne włosy upięte były wysoko, a na twarzy gościł uroczy uśmiech. Wyglądała po prostu nieziemsko. Miała na sobie swoją ulubioną różową bluzę, jasne dżiny i podniszczone trampki.
Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia...
A teraz? Ta sama, a jakby inna dziewczyna stoi przede mną w czarnej, obcisłej sukience. Twarz ma wychudzoną, a pod oczami fioletowe cienie, skryte pod warstwą makijażu. Jej włosy idealnie ułożone spoczywają na kościstych ramionach, zaś kruchy nadgarstek przyozdabia droga bransoleta.
Byłem świadkiem jej przemiany. Towarzyszem w drodze do najmroczniejszych chwil jej życia...
W moich oczach od zawsze była tylko niewinnym aniołkiem. Za nic nie mogę zrozumieć czemu to właśnie ją spotkał taki los.
Do dziś zadaję sobie to pytanie, jednak odpowiedzi wciąż nie ma...



___________________________________________________________________________

Powyższy prolog jest mojego autorstwa. Pisałam go zupełnie sama, ale wzorowałam się na serialu pt. "Invisible" autorstwa TheLalola33 (http://www.youtube.com/user/TheLalola33).
Rozdziały będą pojawiały się 1/2 razy w tygodniu. :)
byBellaaa...